piątek, 24 stycznia 2014

Kaisoo- Sorry, I'm a Bad Boy! * Chapter VI

Witajcie moje ukochane Mordeczki <3 Kaisoo is back! Nie wiem jakich słów mam użyć, żeby was przeprosić. W grudniu niestety nie pokazał się owy Chapter VI z kilku względów, jednak nie będę ich wymieniać. Jestem wam tak bardzo wdzięczna za każde słowo wsparcia! Po raz kolejny zostawiliście tak dużo komentarzy <3 Przez cały ten czas zastanawiałam się, jakby wam tutaj wynagrodzić tak długie oczekiwanie. Wpadłam na pomysł pewnej niespodzianki i mam nadzieję, że uda się ją zrealizować. W związku z powyższym limit komentarzy będzie mniejszy, a więc 6-8 (chociaż i tak wasze dobre serduszka zostawią więcej <3) Dziękuję też wszystkim, którzy oddali swoje głosy w ankietach. Dobra, ja się nagadałam a teraz czas, żeby głos zabrali nasi bohaterowie ^^ Miłej lektury <3

 

~~~~

~Pov Kai
Zewsząd otaczająca mnie biel męczyła wzrok. Każde mrugnięcie było chwilowym ukojeniem dla oczu, tak zmęczonych potworną jasnością. Jeszcze jeden ruch powiek. Kolory zmieniły się teraz na takie, jak ze starego filmu. Odczułem niesamowity niepokój, gdy zobaczyłem przed sobą szpitalne łóżko otoczone liczną aparaturą. Jej dźwięki z początku były tak głośne, jak przeciwpożarowy alarm, jednak wkrótce ucichły praktycznie do zera. Teraz wydawało mi się, że mogłem usłyszeć każdy najcichszy szmer. Moją uwagę przykuła kroplówka, do której powoli spływały przezroczyste krople. Przyglądałem się im przez chwilę jak toną w reszcie cieczy. Wzrokiem powiodłem wzdłuż niewielkiego przewodu, który kończył się w wenflonie umieszonym w małej dłoni. Łatwo było zauważyć jak zniszczyła ją choroba. Wciąż jednak zdawała się być delikatna. Bez wahania ująłem ją w swoją własną, kciukiem głaskałem szczupłe, chłodne palce. Czułem jak po policzkach spływają mi łzy, nie potrafiłem ich zatrzymać.
-Jonginnie… Pamiętasz, co mi obiecałeś? Nie płacz, musisz być moim dużym, dzielnym chłopcem.
To był Jej głos - słaby i cichy. Wiedziałem, że każde wypowiedziane zdanie jest dla niej niesamowitym wysiłkiem. Gdybym tylko mógł, zabrałbym od niej to wszystko. Ból, cierpienie. To nie tego dla niej chciałem. Dlaczego ktoś, kogo kocham musi przechodzić przez coś takiego? Czym sobie na to zasłużyła? Spojrzałem w jej twarz. Pomimo tego, że emanowała zmęczeniem, w jej oczach mogłem dostrzec ciepło i radość. Poczułem jak uśmiecham się na ten widok mimo nieustających łez. Nagle wszystko się zmieniło. Zacząłem się od niej oddalać, ledwo słyszałem jej słowa, które były coraz cichsze.
-Jestem zmęczona. Zdrzemnę się na chwilę, dobrze? Pamiętaj, że cię kocham synku…
Pomieszczenie wypełnił piskliwy dźwięk, który w szpitalu mógł oznaczać tylko jedno, że to już koniec.
Mogłem obserwować sam siebie, to tak jakby dusza oddzieliła się od ciała. Pochylałem się nad nią ściskając jej dłoń. Płakałem zanosząc się głośno, dławiłem się własnym łzami.
-MAMO! MAMO NIE… Ty-ty nie mogłaś… Proszę powiedz coś… Mamusiu….
Krzyknąłem dokładnie to samo, co obserwowany przez siebie ja. Nagle wszystko wypełniła ciemność, szpitalny pokój zniknął tonąc w czerni.
Przejmujące zimno przeszyło moje ciało powodując drgawki. Wszystko, co mnie otaczało, było szare i ponure. Byłem na cmentarzu w jeden z najgorszych dni w całym moim życiu. Wokół głębokiego dołu tłoczyli się ludzie, wszyscy byli ubrani na czarno od stóp do głów. Pastor kończył się modlić, wypowiadając ostatnie słowa modlitwy. Wtedy pomyślałem, że Boga nie ma, skoro pozwolił jej umrzeć. Ogarniała mnie niesamowita wściekłość, starałem się jednak to wszystko przetrwać dla niej. Gdybym tylko mógł kazałbym tym wszystkim ludziom się wynieść. Gdzie byli, kiedy mama zachorowała? Kiedy potrzebowała wsparcia, ciepła i opieki? Gdzie byli przez ten cały czas? Nie zrobili niczego, żeby jej pomóc, a teraz nagle jest im tak źle, że już jej nie ma? Jakoś ani razu nie widziałem ich w szpitalu! Był tam też on z tą swoją księżniczką. Gotowało się we mnie okrutnie, gdy na niego patrzyłem. Nie potrafił nawet w należyty sposób uszanować jej śmierci. Nienawidziłem ich wszystkich tak bardzo, pragnąłem tylko, żeby ten koszmar dobiegł końca.  Nagle znalazłem się przy grobie mamy zupełnie sam. Czułem, że moje serce przepełnia smutek zmieszany ze złością. Miałem już odejść, kiedy moją uwagę przykuł zupełnie świeży grób, który znajdował się na środku cmentarza. Powoli podszedłem do niego zaciekawiony faktem, kto jeszcze musiał odejść tego dnia. Po raz kolejny wszystko wokół zniknęło i teraz jedyną rzeczą, jaką widziałem był ten grób. Chciałem zerknąć na tabliczkę, jednak obraz był zamglony. Kiedy pochyliłem się, żeby odczytać zapisane na niej litery i cyfry po prostu zamarłem. Nie wierząc własnym oczom spojrzałem jeszcze raz:
R.I.P
Do Kyungsoo
Pov D.O
Przed oczami miałem kompletną ciemność, jednak mimo to słyszałem, co się wokół mnie dzieje. Odgłosy przeróżnych urządzeń, szybko przemieszczający się ludzie, rozmowy czy polecania. Nie miałem jednak bladego pojęcia, co też takiego mogło się stać. Powoli otworzyłem oczy, jednak praktycznie natychmiast je zamknąłem, kiedy poraziło mnie mocne białe światło. Kiedy już przyzwyczaiłem się do niego mogłem zobaczyć gdzie właściwie się znajduję.  Pomieszczenie nie było ani trochę przyjemne. Kliniczna czystość nieco mnie przerażała, więc tym bardziej nie czułem się komfortowo. Do tego czułem tępy ból z tyłu głowy, a całe ciało wydawało mi się być jak z ołowiu.  Potrafiłem myśleć wyłącznie o tym jak się tutaj znalazłem. Przecież jeszcze chwilę temu stałem w kuchni przygotowując sobie herbatę. Tylko, co zdarzyło się potem?  Jedyne, co pamiętałem to otaczająca mnie ciemność. Próbowałem sobie przypomnieć, co mogło doprowadzić do tego, że się tutaj znalazłem, jednak czułem wyłącznie pustkę. Odetchnąłem głęboko i jeszcze raz rozejrzałem się wokół siebie. Przez szklane drzwi zobaczyłem mamę, która żywo gestykulując rozmawiała z lekarzem. Oboje obrócili się w moją stronę, ona posłała mi uśmiech i szybkim krokiem zaczęła zbliżać się do pokoju, w którym się znajdowałem. Widziałem, że była naprawdę podenerwowana. Ze zmartwioną miną usiadła na taborecie, który stał obok szafki.
- Jak się czujesz synku? – Zapytała.
Nie bardzo miałem ochoty opowiadać o swoim samopoczuciu. Dużo bardziej interesowało mnie to, co tutaj właściwie robię.
- Mamo, co się stało?  Dlaczego tutaj jestem?
- Zemdlałeś w kuchni i nie mogliśmy cię w żaden sposób ocucić, dlatego zadzwoniliśmy na pogotowie - odpowiedziała.
W pokoju był też lekarz, który wszedł zaraz za mamą, jednak dopóki się nie odezwał to nie zwróciłem na niego najmniejszej uwagi. Jak na nieszczęście ponowił pytanie, które wcześniej zadała mi moja rodzicielka.
- Chy-chyba dobrze, ale okropnie boli mnie głowa - odparłem.
- Cóż, to zupełnie normalne, kiedy uderzy się o twardą powierzchnię. Wykonaliśmy kilka badań kontrolnych żeby sprawdzić czy nic złego ci nie dolega.
- Czy wykazały coś konkretnego?  - Zadbałem o odpowiedni dobór słów, bo nie chciałem, żeby wziął mnie za głupiego dzieciaka, któremu nie ma sensu odpowiadać.
- Nie trzeba się za nad to przejmować. Pojawiły się jednak objawy silnego przemęczenia. Musisz po prostu bardziej o siebie dbać. Więcej sypiać, jeść regularnie i nie doprowadzać organizmu do kresu wytrzymałości - odpowiedział.
- Czy długo będę musiał tutaj zostać? – Miałem nadzieję, że nie, bo inaczej moje zaległości tylko się nawarstwią, a wtedy wszystkie te zalecenia doktor będzie mógł zachować dla siebie.
- Zostawimy cię jeszcze na noc, na obserwację, jednak, jeżeli nie wykryjemy żadnych niepokojących objawów, będziesz mógł szybko opuścić szpital - ucieszyłem się na te słowa - Przez ten czas zaaplikujemy ci jeszcze kroplówkę, a rano dostaniesz zestaw leków wzmacniających.
- Dobrze, dziękuję panie doktorze - powiedziałem.
- Jeżeli cos byłoby nie tak, zawsze możesz zawołać pielęgniarkę, a teraz przepraszam mam obchód - mówiąc to lekarz złożył podpis na kartce w swoim neseserze i wyszedł.
Mama pochyliła się nade mną, zaczęła głaskać mnie po głowie.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo nas z tatą przestraszyłeś... - Powiedziała, wiąż jeszcze zmartwiona - Będę musiała zaraz iść, czy chcesz żebym ci coś przywiozła Słonko?
 Przez moment poczułem się jakbym znowu miał pięć lat, jednak musiałem jej to wybaczyć. Byłem jej jedynym synem, więc to normalne, że się martwiła. Zastanowiłem się przez chwilę, co też mógłbym chcieć z domu.
- Możesz mi przywieść tą książkę, która leży na szafce nocnej, telefon i mp4.
- Dobrze wezmę to dla ciebie - uśmiechnęła się ciepło, po czym pocałowała mnie w czoło - Odpoczywaj, słodkich snów Kochanie.
Poczułem, że ogarnia mnie niesamowita senność, więc szybko zasnąłem, żeby obudzić się dopiero następnego ranka. Całe szczęście ból głowy całkowicie minęły, więc poczułem się dużo lepiej. Wziąłem do ręki komórkę, która leżała na szafce - miałem jedną nową wiadomość. Mama prosiła, żebym zadzwonił albo, chociaż napisał sms’a, że się obudziłem. Odpisałem jej, że już wstałem i mam się dobrze. Wygrzebywałem się właśnie z pościeli, bo poczułem nagłą potrzebę pójścia do toalety, kiedy do pomieszczenia wszedł lekarz.
- A dokąd to się wybieramy, tak z samego rana?- Zapytał.
- Eee, do łazienki - odparłem.
- Zaraz będziesz mógł iść, tylko poczekaj chwilkę, bo muszę przekazać ci parę informacji. Po pierwsze jednak powiedz mi, jak ma się twoje samopoczucie?
- Jest już dużo lepiej. Kiedy będę mógł pójść do domu? – Pomimo, że mój pobyt w szpitalu był krótki to nie chciałem spędzić tutaj więcej czasu.
- Po południu przyniosę ci wypis, ale wcześniej zadzwoń do rodziców, żeby po ciebie przyszli albo przyjechali. Chcę mieć pewność, że dotrzesz prosto do domu – powiedział - za godzinę, pielęgniarka przyniesie ci śniadanie i zestaw lekarstw.
Podziękowałem mu po raz kolejny, a kiedy w końcu wyszedł, czym prędzej pobiegłem do toalety. Czy on naprawdę musiał tak długo gadać?!
Całe szczęście, że mama przywiozła mi to, o co prosiłem, bo inaczej zwyczajnie umarłbym z nudów. Przez te kilka godzin, które jeszcze musiałem odczekać kontynuowałem czytanie, przy czym co jakiś czas spoglądałem na zegar. Naprawdę czułem się tutaj źle, a do tego poranna kroplówka jak na złość, nie chciała szybko się skończyć. Pół godziny przed kolejną wizytą niesamowicie troskliwego (to pewnie przez mamę) pana doktora, zacząłem pakować swoje rzeczy do plecaka. Zdążyłem też się ubrać i doprowadzić do względnego porządku. Uznałem, że nie będę męczył rodziców telefonami, bo zapewne teraz siedzą w pracy, a po drugie, miałem wielką ochotę pójść na spacer. Od dawna tego nie robiłem, a świeże powietrze wspaniale by mnie orzeźwiło. Przed wyjściem odebrałem jeszcze receptę i podziękowałem za wszystko. Zmierzałem już w stronę wyjścia, kiedy zobaczyłem Kai'a wychodzącego z gabinetu szybkiej pomocy lekarskiej. Zatrzymałem się na moment, bo byłem zdziwiony jego obecnością tutaj. Zmierzyłem go wzrokiem od stóp do głów. Nie wyglądał dobrze - miał zabandażowaną prawą rękę, podbite oko i kilka sporych sińców na przedramionach. Dodatkowo wyglądał tak, jak gdyby każdy najmniejszy ruch sprawiał mu ból. Zakładał kurtkę i akurat obrócił się twarzą do mnie, tym samym natychmiast mnie zauważając. Zareagował w dość dziwny sposób, bo momentalnie zbladł jakby zobaczył ducha. Nie było mnie w szkole, aż tak długo, czy jak? Nie miałem za bardzo wyboru, więc ruszyłem w jego kierunku. Co mi szkodzi – pomyślałem - przecież i tak już mnie zobaczył. Zauważyłem, że uśmiecha się kpiąco, tak jak zawsze. Niewiele myśląc palnąłem:
- Co ty tutaj robisz, co stało ci się w rękę? – czasami przydałoby się, żebym porządnie ugryzł się w język.
Jongin prychnął w charakterystyczny dla siebie sposób, po czym powiedział:
- Nie przypominam sobie, żebyśmy się umawiali na wywiad Szczeniaku. Nie interesuj się, nie twoja sprawa, co mi jest - fuknął, po czym odszedł w stronę wyjścia. Jego reakcja zirytowała mnie jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Uznałem jednak, że na tę chwilę nie warto się przejmować tym dupkiem, więc poszedłem prosto w stronę domu, kiedy tylko opuściłem budynek szpitala.
Szedłem powoli, rozkoszowałem się przyjemnym wciąż jeszcze zimowym powietrzem. Moje myśli nadal zajmował irytujący Kim, jednak postarałem się go przepędzić ze swojej głowy. Czas wrócić do rzeczywistości, mam mnóstwo materiału do nadrobienia. Kiedy w końcu znalazłem się w domu, czym prędzej poszedłem na górę. Opadłem na moje wygodne (w przeciwieństwie do tego szpitalnego) łóżko i zamknąłem oczy. Cieszyłem się, że w końcu miałem spokój. Postanowiłem zadzwonić do Suho z prośbą o pożyczenie mi zeszytów z całego tygodnia. Już sobie wyobrażam ile tam tego jest. Chłopak szybko odebrał. Po krótkiej rozmowie zgodził się mi pomóc i powiedział, że niedługo przyjdzie. Minęło trochę czasu zanim faktycznie się pojawił. Kiedy tylko usłyszałem dzwonek do drzwi zszedłem na dół, żeby wpuścić go do środka. Na progu stał uśmiechnięty Suho. Nim jednak zdążyłem się z nim przywitać mój pies rzucił się na niego i zaczął szczekać, merdając przy tym ogonem jak oszalały. Chłopak zaczął go głaskać starając się go w ten sposób nieco uspokoić, jednak Luke nie dawał za wygraną. Musiałem odciągnąć go do kuchni, żeby mój przyjaciel mógł, chociaż w spokoju zdjąć buty i kurtkę. Przywitałem się z nim, po czym oboje poszliśmy na górę. Kim zaczął mi pokazywać, co też powinienem zrobić, przygotował dla mnie nawet karteczkę z datami przyszłych kartkówek czy sprawdzianów - Bogu dzięki, za takiego dobrego człowieka! Niestety nie mógł zostać u mnie zbyt długo, bo gdzieś bardzo mu się śpieszyło. Nie chciałem jednak zarzucać go pytaniami.
- Możesz sobie spokojnie to przepisać albo skserować, jak wolisz. A tak w ogóle to powiedz, co u ciebie? Czemu tak długo cię nie było? Luhan i ja trochę się martwiliśmy.
- Cały tydzień byłem chory, a do tego jeszcze przedwczoraj straciłem przytomność i musieli mnie zabrać do szpitala. W ogóle, kiedy wychodziłem to spotkałem Kai'a. Nie wyglądał dobrze, znowu był cały poobijany.
- Domyślam się skąd mogły się wziąć…- zaczął mówić, ale nagle urwał, kiedy tylko spojrzał na tarczę zegara - O rany! Szlag, przepraszam Kyungsoo, ale się umówiłem i jeżeli zaraz nie wyjdę to będę spóźniony. Obiecuję, że wszystko ci opowiem! Wybacz, naprawdę muszę już iść. Nie trudź się odprowadzaniem mnie na dół - uśmiechnął się do mnie na pożegnanie i wyszedł z pokoju.
Żałowałem, że nie mógł od razu wszystkiego mi powiedzieć, ale Suho taki już jest, że zawsze o czymś zapomni na rzecz czegoś innego. Przygotowałem sobie wszystko, co dla mnie przyniósł, zabrałem się za przepisywanie notatek. Minęły dwie albo nawet trzy godziny, od kiedy zacząłem. Zarówno kark jak i ręka dawały mi się we znaki, miałem już tego dosyć. Resztę po prostu skseruję. Chcąc dać oczom odpocząć spojrzałem na krajobraz za oknem. Pogoda była jeszcze ładniejsza niż rano, a zimowe słońce przyjemnie świeciło przywołując na myśl wiosenną pogodę. Postanowiłem po raz drugi w tym dniu urządzić sobie przechadzkę. Ciepło się ubrałem, żeby przypadkiem nie zmarznąć i znowu nie wylądować w łóżku, bo tego miałem już serdecznie dosyć. Wybrałem się do pobliskiego parku, tam zawsze było przyjemnie niezależnie od pory roku. Przyglądałem się budzącej do życia przyrodzie, im dalej zapuszczałem się w ten gąszcz drzew tym więcej mogłem podziwiać. Cieszyłem się ze zbliżającej coraz cieplejszej pogody. Na chwilę przystanąłem przy jednym z drzew, zamknąłem oczy i powoli wciągnąłem do nosa świeże, przyjemne powietrze. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo niedaleko od miejsca, w którym stałem usłyszałem cichy szloch. Zerknąłem w tamtą stronę i zobaczyłem chłopaka siedzącego na ławce, który był pochylony i ukrywał twarz w dłoniach. Podszedłem niepewnie, usiadłem obok niego na ławce.
- Luhan-hyung? – Zapytałem cicho.
Musiałem wytracić go ze stanu kompletnego otępienia, bo kiedy tylko usłyszał swoje imię okropnie się wzdrygnął. Z przestrachem spojrzał w moją stronę natychmiast ocierając łzy, chciał ukryć przede mną fakt, że płacze jednak było to bezskuteczne. Po dłuższej chwili nieco się uspokoił, ale widziałem, że udaje, że wszystko jest w porządku.
- K-kyungsoo, co… Co tutaj robisz? - Zapytał nieco łamiącym się głosem.
Byłem bardzo zaniepokojony jego nastrojem, więc zamiast mu odpowiedzieć sam zacząłem pytać.
- Hyung, co się stało? Dlaczego płaczesz?
On jednak nie był skory do rozmowy a w jego oczach widziałem kolejne tlące się łzy.
- Przecież możesz mi powiedzieć – kontynuowałem –od tego są przyjaciele.
Luhan rozpłakał się jeszcze bardziej niż uprzednio i drżącym głosem powiedział, że wszystko poszło nie tak, jak powinno. Kiedy trochę się uspokoił, podałem mu chusteczki. Blondyn wydmuchał nos i przetarł mokre od łez oczy. Odetchnął głęboko parę razy i zaczął mi opowiadać, co mu się przytrafiło. Dowiedziałem się, że poszedł na imprezę zorganizowana w domu Kai'a, na którą zaprosił go Sehun. Pomimo tego, że wiedział jak głupim pomysłem było pójście tam, to przyszedł z ciekawości, a poza tym dawno nie miał okazji dobrze się bawić. Podczas jego opowieści chodziliśmy po parku. Hyung bardzo mi się żalił, a każde jego słowo było przepełnione smutkiem. Byłem w wielkim szoku. Nie mogłem uwierzyć w to, co tam się stało. Luhan naprawdę był bliski uprawiania seksu z Oh. W zasadzie, gdyby Jongin tam nie wszedł to, kto wie, co mogło się stać? Chłopak nadal był roztrzęsiony a ja bardzo mocno starałem się go uspokoić. Zastanawiałem się jakby tutaj poprawić mu nastrój i nagle do głowy wpadł mi pewnie pomysł.
- Hyung? Tutaj niedaleko jest kawiarnia, może pójdziemy na bouble tea?
W jego oczach zobaczyłem blask szczęścia, ucieszyłem się na ten widok. Rozpromieniłem się na myśl, że Luhan mógł mieć ze mnie kogoś, komu mógł zaufać. Mimo, że nie znałem się zbyt dobrze na jakichkolwiek związkach czy prawdziwej miłości, to za wszelką cenę starałem się mu pomóc. Przynajmniej mógł się wygadać. Kiedy siedzieliśmy już przy stoliku popijając słodkie napoje rozmowa przybrała bardziej szczery obrót.
- Naprawdę już nie wiem, co mam z tym wszystkim zrobić - powiedział zasmucony.
- Ale przecież teraz już kogoś masz, prawda? Dlaczego, więc tak przejmujesz się Sehun'em? – Zapytałem.
- N-no bo wiesz Kyungsoo… My kiedyś byliśmy razem. Teraz dręczą mnie wątpliwości, czy on faktycznie chce do mnie wrócić, czy tylko się droczy.
Doznałem szoku. Luhan i Sehun? Razem? To było dla mnie nie do pomyślenia! Spędziłem w tej szkole zaledwie trzy miesiące, a już zdołałem się przekonać, jakim draniem jest najlepszy przyjaciel Kai'a. Chińczyk musiał zauważyć moją dezorientację i zbyt mocno rozszerzone źrenice. Uśmiechnął się blado, po czym powiedział:
- Jeżeli chcesz mogę ci opowiedzieć, co takiego w nim widziałem.
- Nie zmuszaj się, przecież nie jesteś zobowiązany mówić mi o wszystkim  - odparłem.
- Powiedziałem już wystarczająco dużo, więc skoro tak wyszło mogę dokończyć historię - powiedział Luhan.
 - Poznałem go, kiedy jeszcze byłem w ostatniej klasie gimnazjum. Przyjechałem wtedy na ferie zimowe do Korei. Urządziłem sobie małą wycieczkę po mieście, przechadzałem się ulicami Seulu szczęśliwy, że mogę tutaj spędzić trochę czasu, bo od pewnego czasu tato namawiał nas na przeprowadzkę. Mama jednak nie była szczególnie zadowolona tym pomysłem, bo wtedy nie znałem koreańskiego jeszcze zbyt dobrze. Wiesz, ja naprawdę lubię słodycze, więc szukałem jakieś cukierni albo kawiarni. Mimo, że miałem w torbie przewodnik po mieście to wolałem kogoś zapytać, miejscowi zawsze polecą ci coś lepszego niż książka. Już miałem podejść do jakiejś kobiety, kiedy zobaczyłem Sehun’a. Poczułem się dziwnie, bo nigdy wcześniej na nikogo tak nie zareagowałem. Zrobiło mi się jakoś tak błogo i ciepło, ale mimo to stwierdziłem, że podejdę do niego. Wtedy to była zupełnie inna osoba. Pamiętam, że tak uroczo się do mnie uśmiechnął, kiedy łamanym koreańskim zapytałem go czy dostanę gdzieś bouble tea - w tym momencie Luhan smutno spojrzał na kubeczek trzymany w rękach - Gdybyś wtedy widział tę radość w jego oczach… Nieśmiało z nim rozmawiałem, starałem się nie narzucać, bo przecież jeszcze go nie znałem. Zaprowadził mnie do takiej malutkiej kawiarenki. Nie pamiętam już ile godzin z nim tam siedziałem i ile herbaty wypiliśmy, ale po tym wszystkim czułem jakbym znał go od dobrych kilku lat. Spacerował razem ze mną, pokazywał mi różne miejsca. Było już naprawdę ciemno, kiedy zadzwonili moi rodzice, żebym spotkał się z nimi pod centrum handlowym. Tylko wiesz, Sehun zabrał mnie bardzo daleko, a ja nie miałem pojęcia jak wrócić. Od razu zaoferował, że odprowadzi mnie tam gdzie tylko będę chciał. On opowiadał mi o sobie, ja jemu też nie szczędziłem informacji. Podałem mój swój e-mail i poprosiłem, żeby się ze mną skontaktował, bo byłem tam tylko na jakiś czas. Zapytał czy spotkamy się jutro, nie potrafiłem mu odmówić. Potem widziałem się z nim codziennie aż do dnia wyjazdu. Nie chcieliśmy się ze sobą żegnać, zawiązała się miedzy nami mocna więź. Powiedział, że jestem najlepszym hyung'iem i nigdy o mnie nie zapomni, za to ja obiecałem, że jeszcze się zobaczymy. Każdego dnia pisaliśmy do siebie wiadomości, czasem nawet bezsensowne i głupie. Cieszyłem się nawet najkrótszym słowem, które do mnie napisał. Nie wiedziałem, że moja obietnica spełni się za tak niewielki okres czasu. W drugim półroczu pojechałem na wymianę. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, kiedy spotkałem Sehuna. Widywałem się z nim w każdej wolnej chwili. Cieszyłem się, że mogłem z nim przebywać. On już wtedy przyjaźnił się z Kai'em, ale wiesz, Kim też bardzo się od tego czasu zmienił. Podobało mi się w tym liceum bardziej, niż w tym w Chinach, więc kiedy tylko tato usłyszał, że chciałbym tutaj zostać porozmawiał z mamą i po wakacjach się przeprowadziłem. Głównym powodem była atrakcyjna oferta pracy, ale rodzicom też zależało, żebym czuł się dobrze w nowym miejscu. W każdym bądź razie, kiedy jeszcze byłem w Korei na wymianie powiedziałem mu, że go kocham. Bałem się jednak, że odrzuci moje uczucia. Spotkała mnie jednak niespodzianka z jego strony, przyznał, że czuje to samo. Niestety nie byliśmy parą zbyt długo, bo tylko do grudnia zeszłego roku. Pomimo, że nadal chciałem, żeby był moim chłopakiem to Sehun bardzo się zmienił. Od kiedy oni wszyscy - Chanyeol, Kris, Tao i Kai jeszcze bardziej się ze sobą zżyli, wszystko między nami zaczęło upadać. Wiedziałem, że Oh nigdy nie był aniołkiem, ale zaczął zachowywać się okropnie. Powiedziałem mu, wprost co myślę o jego zachowaniu i zwyczajach, których nabrał. Nic sobie jednak z tego nie robił, do tego zrobił się z niego straszny dupek. Zaczął mnie traktować jak swoją własność, dlatego się z nim rozstałem. Czasami jest mi ciężko nie patrzeć na niego tak jak kiedyś. Mimo, że mam chłopaka i jestem z nim szczęśliwy to przyłapuję się na tym, że zagapiam się na Sehuna a serca szybciej mi bije. Do tego on wydaje się być strasznie zazdrosny i jeszcze ta impreza… - Luhan mówiła naprawdę bardzo długo, a ja słuchałem każdego jego słowa z zainteresowaniem. Bardziej jednak ciekawiło mnie, co uczyniło z Kai'a osobę, którą jest teraz - Dlatego wciąż się waham, muszę to wszystko przemyśleć - Hyung odetchnął głośno - Mam nadzieję, że cię tym nie zamęczyłem Kyungsoo - uśmiechnął się delikatnie.
- Skąd – odpowiedziałem - cieszę się, że ufasz mi na tyle by mi o tym opowiedzieć.
Ucichliśmy oboje na chwilę. Próbowałem to wszystko jakoś sobie poukładać w głowie, jednak z zamyślenia wyrwał mnie zasmucony głos blondyna.
- O nie… zapomniałem, że to jedna z jego ulubionych kawiarni.
Zrobiłem nieco zdziwioną minę, bo nie bardzo wiedziałem czy jego słowa dotyczą historii czy też już nie. Lu wskazał mi palcem osobę za szybą. Był tam nie, kto inny jak Sehun na dodatek w towarzystwie Kai. Cudownie – pomyślałem - lepiej być nie mogło.  Musieli się świetnie bawić, bo rozmawiali ze sobą śmiejąc się. Nie musiałem ich słyszeć, wystarczyło popatrzeć. Kiedy weszli do środka nadal byli zadowoleni, ale nieco ucichli. Widziałem jak mój przyjaciel stara się w jakikolwiek sposób ukryć, więc skulił się na swoim miejscu. Usiadł tyłem do baru gdzie zamawiało się napoje. Obserwowałem jak składali zamówienie, po czym usiedli przy wysokim stoliku pod oknem. Luhan usiadł normalnie, jednak wciąż zachowywał czują postawę. Siedzieliśmy tak jeszcze przez kilkanaście minut, podczas których opowiedziałem mu o mojej wizycie w szpitalu. Pominąłem jednak spotkanie z Kai'em uznając, że pewnie i tak już rozmawiał z Suho i znał jego przypuszczenia. Myślałem, że wszystko będzie w porządku, kiedy Kim i Oh pozbyli się plastikowych kubków szykując się tym samym do wyjścia. Niestety los nam nie sprzyjał, bo bad boy’e nas zauważyli. Luhan momentalnie zbladł na twarzy i usiłował nie patrzeć w stronę swojego byłego chłopaka. Zanim jeszcze na dobre się do nas zbliżyli usłyszałem Sehuna:
- Oooo zobacz Kai, dwa kujonki wybrały się na randkę, czy to nie urocze? – Zapytał złośliwie.
Spojrzałem na Lu - przybrał teraz swoją arogancką postawę zarezerwowaną wyłącznie dla Oh.
- Sehun, odwal się - rzucił.
- Cóż za nie miła postawa… Chciałem się tylko grzecznie przywitać, a spotykam się z takim chłodem z twojej strony. To bardzo nieładnie Lulu, nie spodziewałem się tego po tobie.
Widziałem, że Chińczyk jest naprawdę zdenerwowany całą tą sytuacją. Ukradkowo zerknąłem na Kai'a, który tylko wszystkiemu się przyglądał.
- Nigdy więcej, nie mów do mnie Lulu!- Zaprotestował blondyn.
- Przecież kiedyś uwielbiałeś, gdy tak się do ciebie zwracałem - odparł.
- Od kiedy zrobił się z ciebie prawdziwy dupek nie masz prawa mnie tak nazywać. Najlepiej, jeżeli w ogóle być się do mnie nie odzywał! – Ciężko było mi zrozumieć postawę Luhan'a. Skoro rozważał czy by nie wrócić do Sehuna to, dlaczego był dla niego taki oschły? Uznałem jednak, że nie to jego sprawa, co zrobi, więc tak jak Kai obserwowałem rozwój wydarzeń.
Chłopak o szarych włosach zdziwił się i nieco zdenerwował na słowa hyung'a. On zdawał się tym jednak nie przejmować, bo wstał z miejsca mówiąc:
- Kyungsoo, chodźmy już.
Zrobiłem to, o co poprosił i wstałem z krzesła. Zdążyłem narzucić na siebie kurtkę, kiedy Luhan oddalił się nieco od stolika. Oh złapał go za nadgarstek, było to jak niema prośba o to, by blondyn spojrzał mu w oczy. Nie spodobało mu się to jednak, bo wyrwał dłoń z uścisku i odepchnął go od siebie mówiąc, żeby go zostawił. Sehun naprawdę się rozzłościł, nie byłem pewnie, co zamierzał zrobić. Coś w mojej głowie popchnęło mnie do bardzo heroicznego czynu, jakim było stanięcie między nimi.
- Odsuń się kujonie - warknął do mnie. Nie miałem jednak najmniejszego zamiaru ruszać się z miejsca. Kai najwidoczniej zauważył, że coś się święci, więc złapał przyjaciela za ramię i odciągnął go do tyłu.
- Sehun, uspokój się, tutaj są ludzie - powiedział spokojnie. Kai w roli nieszukającego zwady człowieka? To dosyć nietypowe jak dla niego. Niestety ani ja, ani Kim nie daliśmy rady zapobiec kłótni. W pewnym momencie myślałem, że Sehun popchnie Luhan'a na stolik. Problem rozwiązał jednak właściciel, któremu nie podobał się ta sytuacja. Był zły i kazał nam natychmiast wyjść, bo to nie jakaś knajpa, żeby urządzać rozróbę. Hyung sprytnie wykorzystał ten moment, dzięki czemu szybko się ulotniliśmy. Przez całą drogę szliśmy w ciszy, aż do mojego domu. Lu przeprosił mnie za to, co się stało. Ja jednak odpowiedziałem, żeby się nie martwił, bo przyjaciele są po to, żeby się wspierać. Pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę. Kiedy wróciłem dotarło do mnie, że muszę szybko skserować resztę notatek od Suho, bo przecież niedługo miał się po nie zjawić. Zadzwonił do drzwi akurat, kiedy kopiowałem ostatnią kartkę. Reszta dnia minęła szybko. Położyłem się spać z nadzieją, że jutrzejszy dzień będzie przyjemny.
Trochę ciężko było mi wstać o tak wczesnej porze, bo przez cały tydzień budziłem się bardzo późno. Jakoś się jednak ogarnąłem i w krótkim czasie byłem gotowy do wyjścia. Po drodze spotkałem Suho, który przywitał mnie ciepłym uśmiechem mówiąc, że wreszcie znowu będziemy mogli razem chodzić do szkoły. Luhan tym razem nam nie towarzyszył. Spotkaliśmy go w szatni, kiedy odkładał swoje rzeczy. Nie wydawał się być jednak skory do rozmowy, mimo to przywitał się z nami odrobinę tylko się przy tym uśmiechając. Spojrzeliśmy po sobie zdziwieni. Było mi przykro, że hyung był w takim nastroju, a ja nie potrafiłem mu pomóc.
W szkole praktycznie nic się nie zmieniło. Lekcje były identyczne, Pan Zhang nadal nie sprawił żebym, chociaż odrobinę go polubił, a bad boye w dalszym ciągu terroryzowali szkołę. Tylko Kai wydawał mi się bardziej pochmurny niż zazwyczaj. Przez cały dzień nie odezwał się do mnie choćby słowem. Widziałem jak krzywił się z bólu przy zapisywaniu tematu lekcji - bardziej zdziwił mnie jednak fakt, że w ogóle to zrobił. Może uznał, że dzięki temu dam mu święty spokój?  Liczyłem, że może w ciągu tygodnia mojej nieobecności się zmieniło, jednak nie zdarzyło się kompletnie nic. Minęło kilka pierwszych lekcji, aż przyszedł czas na znienawidzony przeze mnie wf. Nie chodziło o to, że uznawałem ten przedmiot za głupi. Po prostu nigdy nie byłem dobry w sporcie, a po drugie zajęcia często przeradzały się w trening szkolnej drużyny koszykarskiej.  Całe szczęście miałem zwolnienie od lekarza, więc przynajmniej przez jakiś czas ominie mnie ta katorga.
Poszedłem do szatni, żeby zostawić tam swoje rzeczy. Było to naprawdę duże pomieszczenie, bardzo podobne do tego na dole z tą różnicą, że w tych szafkach trzymaliśmy stroje na wf. Od miejsca gdzie przebierały się dziewczyny dzieliły nas łazienki. Całe szczęście, że nie jest to bliżej, chociaż i tak widziałem kilka z nich jak próbowały się tutaj zakraść popiskując coś o „podziwianiu pięknych klat”. Nie wiem, co poza tym mogło je tutaj ciągnąć. W szatni zawsze było głośno i gorąco. Przedarłem się przez kilku przepychających się ze sobą trzecioklasistów. Otworzyłem swoją szafkę wpychając do niej plecak. Zabrałem ze sobą karteczkę upoważniającą mnie do spędzenia tej lekcji zupełnie bezczynnie. Sala, na której ćwiczyliśmy była wielka, więc z powodzeniem mieściło się w niej kilka klas. Miałem takie „szczęście”, że dzieliliśmy ją z klasą Krisa, oraz tą, w której byli Chanyeol, Baekhyun, Sehun i Luhan. Zanim wyszedłem rozejrzałem się po pomieszczeniu w nadziei, że znajdę gdzieś Suho. Niestety póki, co go nie było, za to dostrzegłem bad boy’ów pogrążonych w rozmowie. Zauważyłem, że Oh przyglądał się hyung'owi, od kiedy tylko pojawił się w szatni. Obserwował go przez cały ten czas, nawet, gdy zaczął się przebierać. Spojrzałem w jego stronę, na co on odwrócił wzrok. Kiedy przechodziłem już przez drzwi sali minąłem Kai'a. Teraz, kiedy miał na sobie strój sportowy widać było jeszcze więcej siniaków. Nie starał się ich w żaden sposób zakryć, trochę mnie to zdziwiło. Usiadłem na ławce pod ścianą czekając na przyjście nauczyciela. Kiedy zapytał, dlaczego nie jestem przygotowany podałem mu karteczkę z usprawiedliwieniem. On tylko zaczął zrzędzić coś pod nosem o „leniwych dzieciakach” i kazał mi siedzieć na miejscu. Przyglądałem się rozgrzewce, mimo, że nie było to nic szczególnie pasjonującego. Wszyscy uczniowie podzieleni na mniejsze grupy biegali teraz w kole wymachując rękami. Potem wykonywali różne ćwiczenia na rozciąganie, żeby nabawić się jak najmniejszych ewentualnych kontuzji. Po gwizdku nauczyciel przywołał ich do siebie, sprawdził obecność i powiedział praktycznie to samo jak zwykle:
- Dzisiaj gramy w kosza!
Wtedy odezwał się Luhan:
- Rany, proszę pana no ile można?! Jest więcej sportów drużynowych. Dlaczego nigdy nie zagramy w siatkówkę?
- Cicho! Nie ma dyskusji! A teraz podzielcie się na drużyny, byle szybko! – Pan Shin wiecznie krzyczał, więc zupełnie mnie to nie zdziwiło. Nie był typem spokojnej osoby, a jego brak cierpliwości tylko to potęgował. Czasami zastanawiałem się czy nie spędził dodatkowego roku w wojsku, bo brzmiał niczym sierżant instruktor z amerykańskich filmów.
Oglądanie meczu było dużo ciekawsze niż udział w nim. W niektórych momentach trochę za bardzo się wczuwałem. W drużynach byli też rezerwowi, którzy co jakiś czas się zmieniali. Po kilku rozegranych meczach nauczyciel zapowiedział, że został jeszcze piętnaście minut do dzwonka, więc mogą rozegrać jeszcze jeden mecz. Szybko zgłosiło się dwunastka chętnych do ostatniej rozgrywki. Większość osób stanowili bad boy’e, którzy normalnie byli członkami szkolnej reprezentacji. Nie wiem, jak można było ich wystawiać na boisko, ale dopóki byli skuteczni i zdobywali dla szkoły puchary, było to w miarę do przyjęcia. Zdziwiłem się, kiedy Kai wylądował w przeciwnej drużynie. Najlepsi kumple go nie wybrali? Jak to możliwe? Chyba, że mieli jakiś misterny plan, o którym nikt inny nie miał prawa wiedzieć. Jeszcze większym zaskoczeniem był dla mnie udział Luhan'a. Oby wiedział na co się porywał, bo granie przeciwko takiemu składowi nie było łatwym zadaniem.  Wszyscy zajęli swoje pozycje, a kiedy tylko piłka znalazła się w górze kapitan drużyny bad boy’ów wybił ją na przeciwną połowę. Szybko przechwycił ją Tao po czym podał do Chanyeol'a. Ten jednym szybkim ruchem trafił prosto w tarczę i na ich koncie pojawiły się dwa punkty. Na początku to oni mieli znaczącą przewagę, dopóki Sehuna nie sfaulował Luhan'a. Oboje byli rozeźleni i mógłbym przysiąc, że jeszcze moment a pozabijaliby się nawzajem. Hyung podał piłkę do Baekhyun'a, który mimo, że był blokowany przez jakiegoś wysokiego kolesia zdołał ją przejąć i już gnał pod kosz przeciwnika. Kiedy był już naprawdę blisko pozostali otoczyli go uniemożliwiając dalszą akcję. Piłka ponownie była w ich rękach. Grali szybkimi podaniami, który skutecznie pomagały w zbliżeniu się do wygranej. Po kolejnym zdobytym punkcie Park stojąc pod koszem według planu miał podać ją dalej. Wtedy niespodziewanie z lewego skrzydła wybiegł Luhan zgarniając pomarańczowy obiekt sprzed nosa Oh. Biegł przed siebie nie zważając na żadne niedogodności. Wymijał wszystkich po kolei nie dając sobie odebrać piłki. Mimo dobrej obrony hyung dał radę jeszcze rzucić. Członkowie jego drużyny (z wyłączeniem Kai’a rzecz jasna) podnieśli radosny okrzyk. Im mniej czasu pozostawało do końca tym więcej punktów zdobywał Chińczyk. Nie wiem skąd wziął nagle tyle siły, ale grał zdumiewająco. W pewnej chwili Sehun zrównał się z nim w biegu próbując mu przeszkodzić. Byłem pewien, że wszystko skończy się dobrze, jednak blondyn wylądował na posadzce. Nauczyciel osądził faul, więc Lu dostał rzuty osobiste. Trafiał za każdym razem z kpiącym uśmieszkiem przyglądając się bad boy’om. Po kilku minutach została już tylko ostatnia akcja czyli wszystko albo nic. Przewaga punktowa nie była duża. Zespół Krisa przegrywał zaledwie jednym koszem. Tym razem rywalizacja znajdowała się na równym poziomie. Zaczęli od środka - Tao miał piłkę i ze skupieniem wybierał tego, do kogo miał podać. Wybrał kogoś kogo niestety nie znałem. Chłopak pognał przed siebie, jednak kozłował ze zbyt dużą prędkością i stracił szansę na dalszą walkę. Przeciwnicy wykorzystali ten moment nieuwagi i dzięki długiemu podaniu piłkę miał Luhan. Przebiegł tylko kilka metrów, bo Sehun zaczął torować mu drogę. Zdecydował się na oddanie wszystkiego w ręce Baekhyun'a. Brunet stał jednak daleko od kosza i nie dawałem mu zbyt wielkich szans. On jednak w przeciągu kilku sekund „rzucił za trzy” tym samym wygrywając mecz. Wszyscy zaczęli się cieszyć i przybijać Byun’owi piątki. Widziałem jak nauczyciel - który również był trenerem - kipiał ze złości, że jego zespół przegrał i zapowiedział im serię ostrych treningów przed zawodami, bo to nie do pomyślenia, żeby bada przypadkowych dzieciaków pokonała taki skład. Rozległ się dzwonek na przerwę, wszyscy zaczęli wychodzić. Widziałem jak Luhan ociera pot spływający mu po twarzy. Zanim doszedł do drzwi obrócił się w stronę Oh po czym pokazał mu język. 
W szatni znalazłam się jako ostatni bo nie miałem ochoty przebijać się przez ten ociekający potem tłum uczniów. Hyung stał przy swojej szafce i był już praktycznie przebrany. Na jego twarzy malował się szeroki uśmiech, a kiedy mnie zobaczył zrobił się naprawdę podekscytowany.
- Niezły byłem, prawda? Pokazałem mu kto tu rządzi! Niech teraz nie próbuje się do mnie zbliżać - zaśmiał się starszy.
Uśmiechnąłem się tylko w odpowiedzi. Miło było zobaczyć go znowu tak szczęśliwego, szkoda tylko, że Suho wszystko to przegapił. Swoją drogą byłem bardzo ciekaw gdzie też się podział. Lu i ja wyszliśmy razem ze szkoły chwilę jeszcze rozmawiając o rozegranym meczu. Blondyn poszedł jednak w drugą stronę, więc pożegnałem się z nim i do domu musiałem iść sam.
Byłem już niedaleko kiedy na murku przy wejściu do parku zobaczyłem Sehuna i Kai. Oboje oddawali się jednemu ze swoich ulubionych zajęć. Chłopak o szarych włosach głęboko się zaciągnął po czym wypuścił z płuc białawy dym.  Jongin natomiast trzymał papierosa między wargami. Wyglądało to tak, jakby dzisiaj palił od niechcenia. Byłem na tyle blisko by usłyszeć ich rozmowę, a kiedy tylko usłyszałem „Luhan” nie potrafiłem stamtąd odejść:
- Dlaczego on jest taki?! Nigdy wcześniej tak nie było! Jak on tak może? Mogę się założyć, że już znalazł sobie kogoś, komu daje dupy! Mała dziwka…- Oh mówił bardzo szybko, a jego ton głosu był poirytowany. Miał już kontynuować kiedy spojrzał na Kim’a, który nie wydawał się być zainteresowany rozmową.
- Kai, czy ty mnie w ogóle słuchasz, stary?! - Zapytał – Do kogo piszesz? - Jego złość nagle zastąpiło zainteresowanie.
Chłopak szybko wystukał wiadomość i schował telefon do kieszeni spodni.
- Do nikogo…- powiedział.

Sehun tylko wywrócił teatralnie oczami i po raz kolejny zaciągnął się papierosem.

~~~
Do zobaczenia wkrótce. Bandur ;3 


piątek, 27 grudnia 2013

Sleepless Nights

Witajcie kochane Mordeczki~ Wiem,że większość z was niecierpliwie wyczekuje kolejnego rozdziału  Kaisoo, ale żeby wam się nie nudziło wstawiam dla was mój najnowszy fik. Dziękuję was za wszystkie głosy, które do tej pory oddaliście w ankiecie i zapraszam do głosowania tych, którzy jeszcze tego nie uczynili. Ankiety po ich wygaśnięciu przeanalizuję i przemyślę jakby wam tu uprzyjemnić czas. Jednak tym czasem zapraszam was do przeczytania i skomentowania "Sleepless Nights" z moim ulubiony paringiem~

Untitled

Sleepless Nights
Helplessness.  
Przekręciłem się na drugi bok ciężko wzdychając. Skopałem kołdrę aż do kostek pozostawiając ją zwinięta i zmiętoloną w nogach łóżka. Poduszki leżały w zupełnie przypadkowych miejscach. Prześcieradło otulało mój nagi tors na tyle na ile potrafiło. Gdzieś obok mnie musiał leżeć termofor, który już dawno przestał być ciepły. Na parapecie rzędami stały pozapalane świece, z radia sączyła się delikatna, relaksująca muzyka. Podłoga była usłana gazetami oraz książkami, wśród, których był też laptop i mój telefon. Miejsca na obu nocnych szafkach zajmowały kubki po herbacie. Nie dwa czy trzy, było ich tam znacznie więcej. Sypialnia, a po środku niej Ja. Zmęczony psychicznie i fizycznie, który już sam nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Desperacko pragnąłem zasnąć albo, chociaż na dłużej niż kilka minut zdrzemnąć się. Bezsenność jest gorsza niż depresja, gorsza niż grypa czy uniemożliwiający spokojne oddychanie katar. Brak snu to kara, zmora, najgorsze, co może się przytrafić. Przestajesz normalnie funkcjonować, ciągle coś gubisz, odkładasz na złe miejsce, a potem znajdujesz szczoteczkę do zębów wśród sztućców w szufladzie. Próbujesz wszystkiego - ciepłych kąpieli, ziołowych herbat, spania z termofonem, przestawiania łóżka. Wkrótce popadasz w obłęd, kolejne godziny bez snu zmieniają cię w wariata. Nie masz siły na nic, na jedzenie, na pracę, na wychodzenie z przyjaciółmi. Kiedy przychodzi czas na sen wiesz, że czekają cię kolejne całonocne tortury. Choćbym nie wiem jak się wiercił, ile układał poduszki, ile otulał kołdrą to nie mogłem zmrużyć oka. To zaczęło się kilka miesięcy temu, kiedy wyjechał zostawiając mnie samego. Nie mogłem go zatrzymać, przecież nie zabronię mu kształcenia się, poznawania nowych rzeczy. Skąd jednak mogłem wiedzieć, że sprawy przybiorą taki obrót?
Bed.
Nienawidziłem go z całego serca. Kojarzyło mi się teraz wyłącznie z czymś nieprzyjemnym. Wcześniej gdybym tylko mógł najchętniej bym z niego nie wychodził. Było miejscem pełnym ciepła, miłości a nawet rozkoszy. Teraz spędzałem w nim długie, bolesne i samotne godziny. Z każdym dniem stawało się zimniejsze, bardziej puste. Czułem się w nim niekomfortowo, tak jakbym miał sypiać w nim, bo ktoś tak chciał. Leżałem początkowo tylko gapiąc się w sufit, potem jednak było tylko gorzej, a ja stawałem się coraz bardziej bezsilny. Chciałem tylko odpocząć, na chwilę oderwać myśli, oczyścić umył. Nic z tego. Na początku myślałem, że to z samotności, potem zwalałem sprawę na stresy w pracy. Wymówki i usprawiedliwienia niestety coraz szybciej się kończyły, a ja nadal nie spałem.
Tea.
Potwornie mi zbrzydła przez ten czas. Każdy kolejny łyk utwierdzał mnie w przekonaniu, że jej nie cierpię. Przez ostatnie cztery miesiące wypiłem jej już zbyt dużo. Często robiłem to na siłę, bo w miarę pomagało. Koiła, chociaż częściowo, więc mimo tego jak wielki wstręt we mnie budziła wypijałem kolejne kubki. Miętowa, ziołowa, gorzka, słodzona, czarna, zielona. Każda była tak samo paskudna. Z przemęczenia coraz częściej tłukłem kubki, więc kupowałem nowe. Przynajmniej one były ładne i cieszył oczy. Na szczęście nie rozbiłem żadnego z moich czy jego ulubionych. Piętrzyły się teraz w sypialni, bo to tam najczęściej je porzucałem by pod koniec tygodnia umyć ich tyle, że zajmowały cały zlewozmywak.
Bedding.
Nie wiem, co on z nią robił, ale wtedy była miękka, pachnąca i jakaś taka inna. Kiedy natomiast to ja ją prałem to przestawała mieć swój urok. Zapach nie był ten sam, a jeżeli już okazywał się zbliżony szybko się ulatniał. Później odkryłem, co tak naprawdę sprawiało, że jej zapach był taki przyjemny.  Woń jego ciepłego ciała, którym nasiąkała pościel. Chociaż może wydawać się to chore, przyznam się, że wyciągałem z szafy jego ubrania i tuliłem się do nich wyobrażając sobie, że jest obok.
Mirror.
Każdego ranka przypominało mi o tym, jak okropnie wyglądam po wielu dniach bez snu. Ludzie na ulicy patrzyli na mnie tak, jakby zobaczyli ducha. Niestety musiałem przyznać im rację. Od ostatniego czasu bardzo zbladłem, a oczy miałem podkrążone do tego stopnia, że powoli zacząłem przypominać misia pandę. Efekt był dopełniany przez moje ufarbowane na biało włosy. Zjawa, jak malowana - tak widziałem się każdego ranka w tym upiornym „urządzeniu” nazywanym łazienkowym lustrem.
Reading.
Próbowałem naprawdę wszystkiego by móc zasnąć, a jednym ze sposobów była lektura. Przed snem czytałem gazetę albo książkę jednak na tyle nudną, żeby moje oczy jedynie się zmęczyły, w rezultacie, czego miałem łatwiej zasnąć. Ten sposób okazał się jednak być fiaskiem, więc wszystkie te „sposoby” leżały na podłodze, bo nie miałem siły ani tym bardziej ochoty, żeby je pozbierać.
The Gloomy Clock.
Czas bez niego był niczym, dłużył się niemiłosiernie. Czasami, kiedy naprawdę miałem problem ze snem, on sprawiał, że i tak usypiałem wtulony w niego. Pierwszy miesiąc jeszcze jakoś zniosłem, ale teraz kończył się czwarty, a ja byłem na skraju wyczerpania… Potrzebowałem go. Bez niego nic nie miało sensu, a pojęcie „sen” przestało dla mnie praktycznie zupełnie istnieć.
Innocent Lair.
Minęła kolejna noc, a kiedy pierwsze promienie słońca wkradały się do pokoju poczułem, że przeszedł mnie dreszcz. No tak, przecież okrywało mnie tylko prześcieradło. Zakryłem twarz dłońmi i przetarłem moje zmęczone oczy. Miałem dzisiaj wolne, jak od tygodnia zresztą. Wziąłem sobie chorobowe, bo już nie dawałem rady pracować. Oczywiście nic mu o tym nie wspomniałem, wolałem, żeby nie wiedział. Usiadłem na łóżku i poczułem, że chyba zaraz upadnę. Po chwili dziwne uczucie minęło i zawinięty w prześcieradło poszedłem do kuchni, żeby zrobić sobie kawy. Przestała mi w zasadzie pomagać, bo byłem zbyt wyczerpany, żeby móc pić mocne ekspresoo. Nalałem wody do czajnika, po czym postawiłem go na grzałce, wcisnąłem przycisk. Czułem się jak jakiś biblijny męczennik. Odsunąłem sobie krzesło, po czym opadłem na nie zmęczony. Odchyliłem głowę do tyłu, zacząłem głęboko oddychać. Strasznie zaburczało mi w brzuchu, ale tak bardzo nie chciało mi się nic robić. Przygotowałem sobie kawę, do której wlałem mleka. Proporcje jednak były zaburzone, bo białej cieczy było znacznie więcej niż czarnej. Można powiedzieć, że zrobiłem sobie mleko z kawą. Głód znów dał mi o sobie znać, więc zacząłem przeszukiwać chlebak w poszukiwaniu względnie świeżego pieczywa. Udało mi się znaleźć dwa wczorajsze rogaliki, dobre i to. Zaopatrzony w zestaw śniadaniowy poszedłem do salonu, żeby skonsumować te „pyszności” przed telewizorem. Żaden program nie oferował niczego interesującego.  Zerknąłem na kalendarz wiszący na ścianie, bo może zaznaczyłem w nim sobie jakiś ciekawy program, który miał zostać wyemitowany później. I wtedy dostrzegłem przyozdobiony serduszkami dzień dwudziesty drugi listopada. Moje oczy momentalnie szerzej się otworzyły. On dzisiaj wraca, moje kochanie znowu ze mną będzie! Aż nie mogłem w to uwierzyć. Czym prędzej poszedłem wziąć prysznic i ubrać się, bo przecież nie będę tak paradował w pościeli. Mieszkanie było w opłakanym stanie, więc czym prędzej zabrałem się za jego sprzątanie. Informacja o tym, że dzisiaj skończą się moje samotne, nocne męczarnie dała mi lepszego kopa niż ta poranna „kawa”. Kiedy doprowadziłem do porządku już każdy kąt w domu, to opadłem na świeżo zaścielone łóżko uśmiechnięty od ucha do ucha. Wtedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu tradycyjnie pojawiło się jego zdjęcie, natychmiast odebrałem. Im dłużej on mówił, tym bardziej mój uśmiech malał. Zadzwonił, żeby mi powiedzieć, że dzisiaj nie wraca, że zobaczymy się za tydzień. ZA TYDZIEŃ! Wszystkie kotłujące się we mnie emocje eksplodowały i kiedy tylko się rozłączył, rozpłakałem się. Płacz nigdy nie przychodził mi szczególnie łatwo, jednak brak snu, zmęczenie i tęsknota za jego bliskością sprawiły, że nie mogłem znieść tej informacji. Tak się cieszyłem, że w końcu będziemy znowu razem, a tu taka okropna niespodzianka. Poczułem się jeszcze bardziej zdołowany niż zazwyczaj. Na resztę dnia zaległem na tym nieszczęsnym łóżku ciągle płacząc.
„The Only Medicine Is You”
Wieczorem mój smutek tylko się nasilił. Postanowiłem sięgnąć po najgorsze możliwe w tej sytuacji rozwiązanie - po alkohol. Złudne jednak były moje nadzieje, co do niego. Już po pierwszym łyku wina poczułem się niesamowicie senny, więc odstawiłem lampkę na stolik. Zmęczenie dało mi się potwornie we znaki, nie mogłem się nawet upić. Skuliłem się na sofie, czułem jak łzy same płyną mi po policzkach. To było okropne, nie potrafiłem nad tym zapanować. To ogarniało mnie coraz bardziej i bardziej. Stało się coś, czego się nie spodziewałem. Zacząłem najnormalniej w świecie usypiać. Uśmiechnąłem się sam do siebie, zacząłem szeptać, że w końcu uda mi się zasnąć, że będzie mi dobrze. Po kilku chwilach miałem już przed oczami tylko ciemność.

Obudziło mnie ciepło, naprawdę przyjemne ciepło, którego tak mi brakowało. Czyjaś delikatna, nagrzana dłoń głaskała mnie po włosach. Poczułem jak czyjeś wargi składają na moim czole pocałunek. Zaraz… One nie były po prostu czyjeś, one były… jego. Czy to sen? Jeżeli tak, to nie chciałem się z niego już nigdy więcej budzić.  ~Słodki~ - usłyszałem te słowa tuż przy swoim uchu. Zaryzykowałem, otworzyłem oczy. Łzy znów cisnęły mi się do oczu, jedynym słowem, jakie pragnąłem wypowiedzieć było jego imię - K-Kibummie... - wyszeptałem, zanim zalałem się łzami. On nic nie odpowiedział, tylko wyciągnął do mnie ręce. Tak bardzo tego pragnąłem, żeby znowu poczuć się szczęśliwym. Kibum objął mnie, przytulił do siebie. Nie wiem skąd wiązł na to wystarczająco siły, ale zaciągnął mnie takiego rozklejonego do sypialni. Poczułem jak moje plecy stykają się z chłodną pościelą, a klatkę piersiową i brzuch ogrzewa on. Przylgnął do mnie całym sobą, jak mały chłopiec, który czuje się bezpiecznie tylko w ramionach mamy. Kiedy już minęło trochę czasu, zmieniliśmy pozycję i teraz oboje leżeliśmy twarzami do siebie. Bummie nie przestawał mnie głaskać, jednak ja nie tego tak bardzo wyczekiwałem. ~Przepraszam, że skłamałem… Chciałem tylko zrobić ci niespodziankę~ Posłałem mu czuły uśmiech. Jednym ruchem sprawiłem, że leżał pode mną. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy, kiedy poczułem jak on obejmuje mnie za szyję i przyciąga do siebie. Jego wargi jeszcze nigdy tak mi nie smakowały. Całowałem go bardzo zachłannie, namiętnie. Mimo, że to ja w tej chwili byłem „na górze”, to on kierował wszystkim. Mój umysł, moje emocje były tylko jego. Wziął moją twarz w obie dłonie i nasze spojrzenia znowu się spotkały. ~Tęskniłem, tak bardzo za tobą tęskniłem Szczeniaczku~. Lubiłem, kiedy mnie tak nazywał, nawet, jeżeli brzmiało to dziecinnie. Odpowiedziałem mu tym specjalnym uśmiechem, który zawsze go rozbrajał. ~Wiesz jak bardzo kocham ten uśmiech, prawda?~. Skinąłem głową. ~Jjong, chcę usłyszeć twój głos, proszę powiedz coś…~. Nachyliłem się nad nim, tak by moje wargi wręcz dotykały jego ucha ~ Tak potwornie za tobą tęskniłem, byłem pewien, że oszaleje, ale znowu jesteś tylko mój. I…pragnę cię, jak jeszcze nigdy dotąd~. Czułem, że to wciąż nie jest wszystko, co chciałem mu powiedzieć. Popatrzyłem na niego, jego kocie oczy się zeszkliły. ~Jonghyun…~ moje imię z jego ust nigdy nie brzmiało piękniej. Teraz i Kibum płakał razem ze mną, chociaż byliśmy naprawdę szczęśliwi. Dzieliliśmy ze sobą kolejne, coraz dłuższe pocałunki. Zostawiałem czerwone ślady na jego szyi, kiedy ją całowałem. Nie oszczędziłem też naznaczenia jego ramiom i kości obojczyków. On za to najczulej jak umiał pieścił wargami linię mojej szczęki, gardło, płatki uszu. Brakowało mi go tak bardzo… Wkrótce przerwaliśmy na chwilę, żeby pozbawić się nawzajem koszul. Odpinałem każdy jej guzik powoli i delikatnie, a zdjąwszy ją z mojego ukochanego obdarzałem drobnymi całusami jego klatkę piersiową, brzuch. Nosem trąciłem jeden z jego nabrzmiałych sutków, na co on uroczo się zaśmiał. Zacząłem go lizać i przygryzać, chciałem sprawić brunetowi jak największą przyjemność. Wiodłem wargami wzdłuż jego klatki piersiowej, byłem coraz niżej. Dłońmi przesunąłem wzdłuż jego boków aż do bioder. Powoli zacząłem rozpinać jego spodnie, zsunąłem je razem z bokserkami. Ciało Kibuma przeszył dreszcz. Wzrokiem objąłem całe jego ciało. Nie widziałem go przez cztery długie miesiące, a ono było zniewalająco piękne. Smukłe, delikatne, ciepłe. Czekałem na jakiś ruch z jego strony. Za sprawą jego dłoni ja też, nie miałem na sobie żadnych ubrań. Chłopak zdawał się jakby zatrzymać w czasie. Smukłe palce dotykały każdego mojego mięśnia na ramieniu, na brzuchu. Uważnie mnie badały, tak jakby to był pierwszy raz. Cudowne, pełne wargi Bummiego rozwarły się w niemym zachwycie. ~Jesteś taki piękny… Jjong~. Nachyliłem się, żeby ponownie tego wieczoru go pocałować. Wtuliłem się w jego szyję, a moja dłoń zsunęła się aż do jego krocza. Delikatnie ująłem jego męskość, przesunąłem palcami po całej jej długości. On jęknął cicho w odpowiedzi na moje poczynania. Zacząłem dotykać go pewniej, mocniej. Brunet nieco wypiął biodra do przodu niemo prosząc mnie tym o więcej. Postanowiłem posunąć się o krok dalej. Wyjąłem z szafki nocnej lubrykant. Zwilżyłem palce, po czym jednym z nich zacząłem kreślić kółka wokół otworka ukochanego. Po pewnym czasie wsunąłem go do jego wnętrza. Widziałem jak przygryzał sobie dolną wargę, musiało go to zaboleć. Pocałowałem go czule, chcąc zabrać od niego ból. Dołożyłem drugi palec, żeby móc odpowiednio go przygotować. Coraz głośniejsze jęki opuszczały gardło Kibuma. Starałem się robić to w miarę delikatnie, nie chcąc, by czuł się źle. Kiedy uznałem, że jest już wystarczająco rozciągnięty moje palce zastąpił członek. Już dawno się ze sobą nie kochaliśmy… Po policzkach chłopaka popłynęły łzy. Scałowałem je wkładając w to jak najwięcej czułości. Chciałem pozwolić mu się do siebie na nowo przyzwyczaić. Spojrzałem mu w oczy. ~J-już dobrze Kochanie…”. Za jego zgodą zacząłem się poruszać. Najpierw powoli i delikatnie, z czasem szybciej i bardziej pożądliwie. Key wsunął mi dłonie pod ramiona tym samym przyciągając mnie bliżej. Wtuleni w siebie kochaliśmy się jeszcze długo dopóki przyjemność u obojga nie osiągnęła szczytu. Oddychaliśmy ciężko, powoli. Ułożyłem głowę na piersi Bummiego, słuchałem jak cudownie bije jego serce. Jeszcze jeden pełen ciepła pocałunek połączył nasze usta. Złapaliśmy się za ręce. ~Przepraszam, przepraszam, że przeze mnie musiałeś spędzić samotnie tyle nocy. Nie chcę już na tak długo wyjeżdżać~ Jego słowa rozgorzały w moim sercu powodując napływ przyjemnego ciepła. ~Kocham Cię, Jonghyun~. Przytuliłem się do niego mocniej. ~Ja też cię kocham Kibum~. Zasnąłem po raz pierwszy od tych czterech miesięcy. Zasnąłem szczęśliwy i pewien, że rankiem znajdę obok kogoś, kogo tak bardzo kocham. Nie pomagało mi nic, nic poza moim ukochanym Bummim, dlatego, że jeżeli nie mógłbym go mieć, mógłbym umrzeć, mógłbym zwariować. Jesteś jedynym lekarstwem Key, jedynym…
~~
Do zobaczenia ^^
Bandur ;3 

sobota, 30 listopada 2013

Kaisoo- Sorry, I'm a Bad Boy! * Chapter V

Witajcie Kochani~ Rozdział co prawda trochę spóźniony, ale w końcu jest. Muszę wam jednak powiedzieć, że ten jest nieco inny od poprzednich czterech. Po pierwsze bardzo ciężko mi się go pisało, ze względu na zmianę narracji z D.O na Kai. Po drugie możecie odnieść wrażenie, że jest gorszy jakościowo, ponieważ przeskok na Jongin'a spowodował automatyczną zmianę stylu. Tutaj jest on bardziej potoczny, nie tak ładny jak w przypadku poprzednich. Od razu powiem, że jeżeli już użyję Kai'a ponownie, to będzie on ukazany szczątkowo. Akcji jest dużo, może się wydawać, że niektóre są zbyt krótkie. Po trzecie fik wyszedł strasznie długi, bo aż na 14 stron, więc nie wiem czy dacie radę przeczzytać cały na raz. Radzę zrobić którką przerwę ;) . Nie jestem jednak w pełni zadowolona ze swojej pracy, ale cóż bywa i tak. Za wszelkie niedogodności serdecznie was przepraszam, mam jednak nadzieję, że będzie wam się dobrze czytało. Wasze komentarze- WOW nie spodziewałam się aż tylu, naprawdę byłam zaskoczona. Nie potrafię znaleźć słów, żebym wam podziękować, jesteście najlepsi <3 Poproszę o 10 komentarzy pod tym rozdziałem, dacie radę?  Let's start~

                      
~~~
~Kai POV

Zajebiście, znowu się spóźnię! Teraz to już na bank wyleją mnie z roboty! Yah, fuck you, Do Kyungsoo, mdleć ci się zachciało! Biegłem ile sił w nogach, żeby moje spóźnienie nie było aż tak znaczące, jednak pomimo tego, że byłem w dobrej kondycji to czas zdecydowanie nie był mi przychylny. Po kilku kolejnych minutach poczułem, że moje mięśnie mają dosyć. Zziajany szedłem w stronę knajpy, w której pracowałem. Szkoda, że nie potrafię się teleportować, wtedy wszędzie byłbym na czas. Zrezygnowany zwolniłem kroku i wtedy moim oczom ukazał się cud-PRZYSTANEK AUTOBUSOWY! Chyba nigdy aż tak nie cieszyłem się na jego widok. Autobus właśnie nadjeżdżał, więc lepiej trafić nie mogłem. Oczywiście nie miałem biletu, ale w zasadzie miałem to w głębokim poważaniu. Wsiadłem i stanąłem niedaleko drzwi rozglądając się dookoła. Nie licząc mnie, średnia wieku pasażerów to jakaś siedemdziesiątka - nie żebym coś miał do staruszek. Nerwowo zerknąłem na zegarek, zaraz będę miał piętnaście minut spóźnienia, pięknie. Zająłem pierwsze z brzegu wolne miejsce, rozsiadając się wygodnie i włączając muzykę. Przejechaliśmy może dwie ulice, kiedy autobus się zatrzymał. No ja pierdziele! Serio? Czy ten gruchot nie może jechać trochę szybciej? Do środka wpakowała się grupka ludzi. Kolejny tabun seniorek i kilku gówniarzy, na których sam już widok źle reagowałem. Zajęli wszystkie wolne miejsca, co wywołało niezadowolenie ze strony starszych pań, które powiedziały sławetne „ Ta dzisiejsza młodzież ”. Garstka tych małych cwaniaków rzuciła „ Zjeżdżaj babciu!”. Miałem tego naprawdę dosyć, wiec ruszyłem tyłek z siedzenia. Przecież jak postoję to nic złego mi się nie stanie. Spojrzałem w stronę „babci” a ręką wskazałem jej swoje byłe miejsce:

- Proszę, tutaj jest wolne - powiedziałem.

Kobieta chyba dostała jakiegoś paraliżu, bo na początku niczego nie powiedziała, za to ta banda idiotów zaczęła się śmiać. Już miałem przygotować sobie dla nich ripostę, kiedy odezwał się poczciwy Moher:

- Dziękuję, bardzo miły z ciebie chłopiec - posłała mi przyjazny uśmiech.

Co oni dzisiaj mają z tym „miły”, co? Ja wcale taki nie jestem! To, że od czasu do czasu zrobię coś miłego dla drugiej osoby, nie oznacza zaraz, że będę pałał miłością do wszystkich ludzi na tej planecie!
Za swoimi plecami usłyszałem kolejne debilne śmiechy, a że nie jestem szczególnie w dobrym nastroju natychmiast obróciłem się do tego gnojka łapiąc go za łachy.

- Mówiłeś coś? - zapytałem.

Dzieciak od razu wpadł w panikę i jego pewność siebie zniknęła. Zaczął się jąkać, ostatecznie nic nie powiedział. W afekcie złości wręcz rzuciłem go na pobliski fotel. Prychnąłem tak jak zawsze i stanąłem tyłem do nich chwytając się rurki nad moją głową. Głupie szczyle - pomyślałem. Cóż czasami bywałem bardzo niemiły, ale w końcu każdy może mieć gorszy dzień, a ten dzisiejszy nie był szczególnie udany.
Kątem oka zauważyłem, że ktoś się na mnie gapi. Zerknąłem za siebie i głośno przełknąłem ślinę. Tuż za mną stał kanar, niech to szlak. Szybko odwróciłem wzrok i patrząc za okno rozglądałem się za najbliższym przystankiem. Facet zaczął się do mnie zbliżać, jednak postanowiłem go ignorować i stać sobie jak gdyby nigdy nic. Nagle poczułem, że klepnął mnie w ramię i chcąc nie chcąc musiałem się obrócić. Shit.

- Czy mogę zobaczyć pański bilet? - Powiedział tym swoim głosem.

Wpadłem w panikę, to przecież oczywiste, że nie mam jakiegoś pieprzonego biletu. Zobaczyłem, że przystanek jest już niedaleko, więc zacząłem się zastanawiać jakby go tutaj wykiwać.

- Chwileczkę, muszę poszukać - skłamałem. Zacząłem grzebać w kieszeni w poszukiwaniu niewidzialnego biletu - Gdzie ja go schowałem? - Autobus właśnie się zatrzymał i otworzyły się drzwi.

- Coś mi się zdaje, że go nie mam - uśmiechnąłem się do niego złośliwie. Uwielbiałem drażnić ludzi. Koleś był totalnie zdezorientowany, więc wykorzystałem ten moment i przecisnąłem się miedzy ludźmi aż do wyjścia. Biedny kontroler nawet nie zdążył zareagować. Stał w miejscu, bo otoczył go tłum wsiadających ludzi. Wybiegłem z tego, jakże wspaniałego środka komunikacji miejskiej i pognałem przed siebie. Nie potrafiłem się nie uśmiechnąć. Nie dość, że złapałem transport to jeszcze udało mi się wykiwać tego kanara, a na dodatek do knajpy zostały mi tylko dwie ulice! W końcu znalazłem się po drzwiami restauracji i postanowiłem nieco odsapnąć. Wszedłem do środka od razu stając przy ladzie, aby móc zagadać do szefa. Zacząłem od swojej starej wypracowanej gadki i dołożyłem jeszcze smutną minę by wzbudzić jego współczucie.

- Oczywiście, że to się więcej nie powtórzy Jongin, bo już tutaj nie pracujesz, przykro mi - powiedział.

Zacząłem się tłumaczyć, że naprawdę potrzebuję tej pracy i znów obiecywałem, że się poprawię. Pan Shin odpowiedział mi tylko, że słyszał to już sto jeden razy oraz, że niestety nie ma wyboru i musi mnie zwolnić. Na początku byłem wściekły, ale po dłużej chwili zrozumiałem, że sam jestem sobie winny. Stanąłem dalej od długiej lady, skłoniłem się, po czym powiedziałem:

- Dziękuję za to ile pan dla mnie zrobił i przepraszam… - dawno już niczego nie powiedziałem tak szczerze.

Nim wyszedłem powiedział mi jeszcze:

- Powodzenia chłopcze!

Wyszedłem czując się strasznie zmarnowanym, cholera potrzebowałem tej pracy! Nie miałem pojęcia, co ze sobą począć, ale chcąc chociaż trochę poprawić sobie nastrój sięgnąłem do kieszeni. Wyjąłem z niej napoczętą paczkę papierosów i wyjąłem jednego. Płomień zapalniczki zatańczył na jego końcu, po chwili mogłem rozkoszować się paleniem, jeżeli mogę to tak nazwać. Zaciągnąłem się trochę mocniej niż zazwyczaj, po czym wypuściłem dym z płuc. Stałem tak pod tą knajpą tępo patrząc w przestrzeń i paląc. Będę musiał wrócić do domu, więc pewnie nie ominie mnie spotkanie z tym kretynem i jego puszczalska siksą.

Chyba jeszcze nigdy nie szedłem aż tak powoli. Kiedy w końcu tam dotarłem i stanąłem przed drzwiami to popchnąłem je leniwie. Wchodząc do środka o mało, co nie zabiłem się o stojące w przedpokoju walizki. Czyżby ta niunia w końcu się wyprowadzała? To byłby wielki plus tego dnia. Niestety w przedsionku pojawił się chyba najbardziej znienawidzony przeze mnie facet w całej Korei.

- O, już wróciłeś? Nie maiłeś być teraz w pracy? - Zapytał.

- Może… - odpowiedziałem. Naprawdę nie miałem ochoty z nim gadać, szczególnie dzisiaj.

- Wylali cię? Dziwne, że dopiero teraz, bo jak dla mnie mógłbyś wylecieć od razu. Nie wiem, jakim cudem tak długo tam pracowałeś, przecież ty niczego nie potrafisz zrobić porządnie - zaczęło się we mnie gotować. On zawsze traktował mnie jak bezużytecznego śmiecia.

- Jak… - urwałem, bo nie miałem zamiaru dać mu się sprowokować.

Wiedziałem, że ten pierzony kretyn i tak nie będzie mnie słuchał. Zaczął swój monolog.

- Wyjeżdżam z Jane na cały tydzień. Nie chcę słyszeć, że urządzałeś tutaj jakieś imprezy. Masz się zająć domem, kiedy nas nie będzie, a gdy wrócę, wszystko ma wyglądać dokładnie tak, jak przed moim wyjazdem, jasne?

Byłem na niego wściekły, nic mnie nie obchodzi jakiś jego wyjazd. Chociaż przynajmniej przez całe siedem dni będę miał święty spokój i cały dom dla siebie. Oboje wyszli na ganek, usłyszałem śmiech tej głupiej księżniczki. Wkrótce zapakowali się do samochodu i odjechali cholera wie gdzie. Cisza. Przyjemna cisza. Nagle poczułem w kieszeni wibracje, a mój telefon zaczął dzwonić. Na wyświetlaczu pokazało się zdjęcie Sehuna, czego mógł chcieć o tej porze? Odebrałem od razu:

- Jesteś jeszcze w pracy? – Zapytał.

- Wywalili mnie - powiedziałem mu od razu, przecież nie miałem się, z czym kryć.

- Co? Jak to? - Zapytał ze zdziwieniem.

- Daj spokój - nie chciałem, żeby za długo się nad tym rozwodził. Sehun to dobry człowiek, ale czasami za bardzo się zamartwia.

- I co teraz zrobisz?

- Nie mam pojęcia. Wiesz, jaka ta praca była dla mnie ważna, teraz za Chiny Ludowe się z stąd nie wyprowadzę… - powiedziałem rozczarowany.

- Hmmm  – po drugiej stronie nastała cisza. – Może chcesz gdzieś wyskoczyć? – usłyszałem po chwili.

- Właściwie to nie bardzo, bo jestem zmęczony. Dużo by gadać… Ale może ty przyjdziesz do mnie? Starego nie ma, więc mamy wolną „rezydencję”.

Godzinę później siedzieliśmy we dwóch na sofie, przed wielkim telewizorem oglądając mecz piłki nożnej. Była to przyjemna rozrywka, która pochłaniała nas od dzieciństwa. Sehun przyniósł ze sobą paczkę chipsów i kilka piw, więc nie musiałem się przejmować jakąś kolacją. Odzyskałem dobry humor, głownie za sprawą mojego najlepszego przyjaciela. Już dawno tak dobrze się nie bawiłem, o wspólnym kibicowaniu nie wspominając. Salon wiecznie był zajęty, a ja miałem wręcz zakaz wstępu do niego. Kiedy sędzia ogłosił przerwę w meczu odezwał się Oh:


- Ej, a pamiętasz jak twoja mama przynosiła nam te przepyszne ciasteczka i śmiała się z nas, kiedy tak bardzo się ekscytowaliśmy?

Słowo „mama” zawsze budziło we mnie setki wspomnieć, które niestety są już tylko obrazami przeszłości.

Było zimowe popołudnie, Sehun i ja siedzieliśmy w tym samym miejscu, oglądając mecz tej samej drużyny. Popychaliśmy się dla zabawy i oboje głośno krzyczeliśmy, kiedy przeciwnicy byli zbyt blisko bramki.

- No strzelaj! – Krzyknąłem, kiedy nasz napastnik był już tak blisko celu.

- Co za porażka… - jęknął mój przyjaciel.

Poczułem słodki zapach ciągnący się od kuchni aż tutaj. Kusząca woń, która mogła oznaczać tylko jedno - ciasteczka. Obróciłem głowę w tamtą stronę i zobaczyłem mamę, która tak ślicznie się uśmiechała. Podeszła do nas i postawiła talerzyk na stole. Usiadła na chwilę między nami, zaczęła rozmowę:

- Jesteście tacy uroczy, kiedy się tak przejmujecie - zaśmiała się cicho.

- To poważna gra mamo!- Powiedziałem pełen entuzjazmu.

- Nasza drużyna musi dzisiaj wygrać - dodał Sehun.

Ona znowu się uśmiechnęła i pocałowała mnie w policzek, niższego chłopca pogłaskała po głowie.

- Oglądajcie dalej, nie będę wam już przeszkadzała. Smacznego! - Mówiąc to oddaliła się…

Momentalnie spochmurniałem na myśl o niej. Spuściłem głowę chcąc wszystko sobie poukładać i wrócić do rzeczywistości. Blondyn siedzący obok mnie przysunął się bliżej.

- Jongin… Przepraszam - powiedział.

- Nic się nie stało. Jasne, że to pamiętam i nawet nie wiesz jak bardzo bym chciał, żeby wróciło.

- Ja też bym tego chciał… Wiesz, co ja już muszę się zbierać. Jesteś zmęczony, nie będę ci już przeszkadzał.
Odprowadziłem go do drzwi, a kiedy już był gotowy do wyjścia przybiłem mu piątkę. Wróciłem na swoje miejsce i powoli sączyłem piwo. Nienawidziłem, kiedy doznawałem nagłych ataków melancholii, niech to szlag. Włączyłem jakiś beznadziejny film, którego w zasadzie nawet nie oglądałem, chciałem tylko trochę zmęczyć oczy. Wkrótce zasnąłem na sofie dręczony złymi wspomnieniami.

Obudziłem się, nie mając pojęcia, która właściwie jest godzina. Telewizor nadal był włączony i teraz jakaś laska próbowała mnie przekonać do kupienia proszku do prania. Nie cierpiałem reklam. Sięgnąłem po pilot, żeby móc wyłączyć to cholerstwo. Odetchnąłem głęboko. Pewnie jest już późno, a ja powinienem teraz zbierać się do szkoły, ale nie miałem na to najmniejszej ochoty. Jeden dzień nieobecności w te, czy we te naprawdę nie robił mi różnicy. Ułożyłem się nieco wygodniej na sofie i usiłowałem ponownie zasnąć. Jak na złość nie mogłem zmrużyć oka. Spojrzałem na zegarek - siódma dwadzieścia. Wow, to była dla mnie wyjątkowo wczesna pora, zaczynałem się o siebie martwić. No bo kto to widział, żeby Kim Jongin zrobił coś na czas? Przekręciłem się na lewy bok i po kilku chwilach rozważań postanowiłem jednak pójść na lekcje. Nie miałam żadnego interesu, żeby zostawać w domu. W domu? To chyba nie jest najlepsze słowo na określenie tego miejsca. Każdy przecież odpowie, że dom to rodzina, bezpieczeństwo, ciepło, miłość i tak dalej. A gdzie ja tutaj mam którąś z tych rzeczy? No właśnie… Kiedy jeszcze żyła pewna cudowna kobieta, mogłem w stu procentach powiedzieć, że zgadzam się z innymi ludźmi. Teraz to był tylko budynek, w którym i tak nikt nie był zadowolony z mojego towarzystwa. Spojrzałem na zegar. Wstałem, poszedłem się ogarnąć i wrzuciłem do plecaka książki na dzisiaj. Kiedy dotarłem do szkoły wszyscy patrzyli na mnie z wielkim zdziwieniem. Niektórzy nawet wybałuszali oczy na mój widok. W sumie to im się nie dziwię. Nawet nauczyciele niedowierzali, że już przyszedłem. Czułem się dzisiaj niezwykle dziwnie, tak jakbym się czymś martwił, denerwował albo niepokoił. Ostatni raz odczuwałem coś podobnego, gdy mama…
Wszedłem do klasy, w której było tylko kilka osób. Zająłem swoje miejsce i gapiłem się na drzwi zupełnie bez celu. W końcu zadzwonił dzwonek na lekcje, jednak krzesło obok mnie nadal było puste. Co jest? Przecież kujon już dawno powinien tutaj być. Ej, Do kretynie, nie żartuj, że zrobiłeś sobie coś po drodze… Miałem cichą nadzieję, że jednak żyje i ma się dobrze, bo inaczej będę miał przejebane. Dzwonek obwieścił koniec lekcji i wyszedłem na korytarz. Kiedy wlokłem się niczym cień na geografię zatrzymała mnie pani Huan. W jej oczach tkwił niepokój.

- Nie wiesz, co się dzieje z Kyungsoo? Szukam go od rana.

- Nie przyszedł do szkoły. A tak poza tym, czy ja wyglądam jak jego opiekunka?

- No tak, faktycznie możesz nie wiedzieć. Jesteś wolny.

Oczywiście, że nie wiedziałem, co się z nim dzieje. Czy ona myśli, że ja się z nim przyjaźnię czy coś? Od czego jest reszta kujonów? Ludzie bywają naprawdę irytujący. Zanim zdążyłem zniknąć za zakrętem usłyszałem, że ta kobieta mnie woła. Westchnąłem ostentacyjnie, no błagam ile można?! Obróciłem się w jej stronę:

- Skoro Kyungsoo nie ma w szkole, wasze zajęcia są odwołane.

- Co?! To ja je dalej mam?! Ale ostatnio mówiła pani, że się na nim zawiodła…

- Tak, owszem puściły mi nerwy. Jestem jednak pewna, że to twoja wina. Do to dobry chłopiec i moim zdaniem jedyna osoba, która jest jeszcze w stanie cię naprostować i jakoś na ciebie wpłynąć. Nie zmarnuj tego Jongin! Ona na ciebie liczy, nawet jeżeli jest teraz Tam…- poczułem się tak, jakby ktoś bardzo mocno ścisnął moje serce. Ile jeszcze razy w tym tygodniu ktoś o niej wspomni? To naprawdę boli… Mówią to tak jakbym jej nie pamiętał, nie wiedział, co obiecałem. Nie powiedziałem o tym nawet Sehun’owi, ale Pani Huan była przyjaciółką mamy i moją przyszywaną ciocią

- Kiedy tylko Kyungsoo wróci osobiście dopilnuję, żebyś przychodził na każde korepetycje - powiedziała to takim tonem, że właściwie nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Po prostu skinąłem głową niczym grzeczny kujonek i poszedłem dalej.

Ktoś nagle trącił mnie w bok i usłyszałem znajome głosy moich przyjaciół:

- Co cię ta Huan tak zatrzymuje? – Zapytał Sehun.

- Może ci obciąga? –żart Chanyeola wyjątkowo nie przypadł mi do gustu. Chwilę potem padło kilka kolejnych propozycji, co też ja i nauczycielka biologii moglibyśmy robić.

- Wiesz Hyung, Kris-Hyung wpadł ostatnio na pewien pomysł - powiedział Tao.

Opowiedzieli mi o tym, jak to będąc w kiblu zastanawiali się nad moim losem.

-… to wiesz, może się z nią prześpij! – Powiedzieli.

- Oczywiście, świetny żart chłopaki, postaraliście się - powiedziałem sarkastycznie.

Nie byłem szczególnie zadowolony z ich idiotycznego żartu. To przecież oczywiste, że ten pomysł był zupełnie absurdalny. Moją lekko naburmuszoną minę musiał zobaczyć Chanyeol:

- To co, idziemy gdzieś po szkole? – Zapytał Park chcąc zmienić temat.

- Kai pewnie i tak nie może - prychnął Kris.

- Tym razem cię zaskoczę, bo mogę! Więc, co idziemy na te stare magazyny niedaleko dworca? - Zaproponowałem.

Nie wiedziałem, że wzbudzę w nich aż taki entuzjazm. Cóż, najwidoczniej mam do tego talent. Uśmiechnąłem się sam do siebie, humor znowu do mnie wrócił. Minęły dwie następne jakże cudowne i interesujące lekcje. Na długiej przerwie poszedłem na stołówkę, żeby w końcu napełnić żołądek, bo nie mam zwyczaju jeść przed lekcjami. Głównie, dlatego, że za bardzo się śpieszę. Miałem tylko trochę kasy, ale na szczęście starczyło na kimchi i teppoki z ostrym sosem. Reszta mojej paczki siedziała już tam gdzie zwykle. Zaczęliśmy pochłaniać lunch, kiedy odezwał się Chanyeol:

- Ej, spójrzcie na kujonśką ławkę! Jest jakaś taka pusta… Czyżby wszyscy pouciekali? - Zaśmiał się.

- Kai? A gdzie się podział twój ulubiony kujonek? – Zapytał Kris.

Co? Ja pierdole, jak nie mama, to Do…

- Zemdlał wczoraj, pewnie dlatego go nie ma.

- Skąd wiesz? – Zapytał zainteresowany Sehun.

- Bo byłem u Huan i wtedy wziął padł na podłogę. Byłem już jedną nogą za drzwiami, ale ten babsztyl kazał mi go zaprowadzić do pielęgniarki…

Wszyscy zaczęli się śmiać i fazować jak durni.

- I co? Niezła jest, nie?- Zapytał Chanyeol. Oczywiście chodziło mu o jego ulubioną pielęgniarkę.
- Tak to prawda jest niczego sobie.

Nasze rozważania na temat długich nóg i seksownego tyłka szkolnej higienistki przerwał Sehun, najwyraźniej nie był za bardzo zainteresowany naszą rozmową.

- O patrzcie! Idzie jeden…- powiedział Oh.

 Zacząłem go obserwować, właściwie jego i owego kujona, którym okazał się Luhan. Ich spojrzenia na moment się spotkały, po czym blondyn z obrażoną miną odwrócił wzrok i odszedł krokiem modelki.

- Ej, co to było? – Zapytał Kris.

- Bo wiesz. – zacząłem - Ten kujonek i Sehun kiedyś byli razem - uśmiechnąłem się przebiegle i mrugnąłem do reszty znacząco.

- Dlaczego o tym mówisz?! - Obruszył się.

- Proszę cię, dobrze wiem, że bardzo chętnie byś go przeleciał.

Wszyscy zamilkli, a Sehun spalił niezłego buraka. Widziałem jak odprowadzał swojego byłego chłopaka wzrokiem, po czym powiedział, żebym się do niego nie odzywał. Wiedziałem, że jego foch był tylko chwilowy i niedługo mu przejdzie.

Tak jak się umówiliśmy, zaraz po szkole poszliśmy trochę upiększyć jeden z opuszczonych magazynów. Po drodze wstąpiliśmy do domu Krisa, który zabrał trochę sprayów, resztę kupiliśmy w pobliskim sklepie. Każdy zastanawiał się, co mógłby tym razem namalować, ja uznałem, że zdam się na instynkt i zrobię to, co pierwsze przyjdzie mi na myśl. Kiedy już tam dotarliśmy, wszyscy zabrali się za pracę. Obserwowałem Sehun’a, który wciąż się na mnie gniewał, za to, co powiedziałem o nim i Luhan’ie.
Tworzyłem swój rysunek w najlepsze, świetnie się przy tym bawiąc, kiedy Chanyeol stanął za plecami Kris’a i zapytał:

- Stary? Co to jest?

Zebraliśmy się wokół niego, żeby sprawdzić, co tam nabazgrał. Przeszło to moje najśmielsze oczekiwania i chwilę później ja, i Yeol dusiliśmy się ze śmiechu. Oparłem się ręką o ścianę, bo naprawdę już nie mogłem wytrzymać. Dawno nie miałem aż takiego ubawu. Kiedy już odsapnąłem zerknąłem na Kris’a. Stał przy swoim „graffiti” z rękami na biodrach z dumną miną.

-Bitch please - powiedział tą swoją rozwalającą mnie angielszczyzną - i tak jestem lepszy niż wy wszyscy razem wzięci! Zobaczycie będę drugim Picasso!

Doznałem kolejnego ataku śmiechu. Ludzie, naprawdę ledwo stałem na nogach. Zresztą mój kumpel też pokładał się, kiedy usłyszał, co powiedział najstarszy członek paczki. Tylko Tao od początku stał przed ścianą jak zaczarowany i zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie rzuci się na Wufan’a niczym fangirl. Spojrzał na nas swoimi oczyma podobnymi do oczu pandy i powiedział:

- Ja uważam, że to jest świetne! Jesteś najlepszy hyung!

Teraz zaśmiał się nawet naburmuszony Sehun. Uścisnąłem go i przeprosiłem, wszystko wróciło do normy. Spędziliśmy tam jeszcze mniej więcej godzinę, a potem wróciliśmy do domów. Musiałem przyznać, że to był świetny dzień.

Był już piątek, a kujon nadal nie pojawił się w szkole. Dzięki jego nieobecności miałem spokój i dużo miejsca tylko dla siebie. Jak za starych dobrych czasów! Postanowiłem, że dzisiaj się zrelaksuję, posiedzę w ciszy i postaram się niczego w tym „muzeum” nie ruszać, zanim wróci Pan Domu. Nic jednak z tego nie wyszło, bo dwie godziny później do domu wpadli Sehun, Chanyeol, Kris i Tao obwieszczając mi, że skoro chata wolna, to robimy imprezę! Na początku nie chciałem się zgodzić, no bo kurna potem całe to sprzątanie spadnie na mnie. Odpowiedzieli tylko, że czym ja się przejmuję, mogę się dzisiaj zabawić. Okej, co ja się tam miałem oszukiwać, tak naprawdę to chciałem poczuć się odcięty od całotygodniowej nudy. Przywitałem się z kumplami i zabrałem od nich pokaźne zakupy.

Impreza się zaczęła i bardzo szybko zaczęli przychodzić ludzie. Muzyka była włączona na maksa, wszyscy świetnie się bawili. Jako gospodarz balangi chodziłem to tu, to tam po części pilnując, żeby któraś z cennych rzeczy tatulka nie ucierpiała. Byłem już trochę pijany, co sprawiło, że czułem się tak wspaniale wyluzowany. Krążyłem między gośćmi z butelką piwa w ręku. Zauważyłem, że na piętrze, oparty o balustradę stoi Sehun. Wyglądał tak jakby naprawdę na coś czekał. Poszedłem do niego. Jak się okazało na górze imprezowicze też urządzili sobie mini-bar. Oh miał obok siebie do połowy opróżnioną butelkę wódki. Zastanawiałem się czy wpił to wszystko sam, bo wyglądał na nieźle pijanego. Zapytałem go, po co właściwie tutaj tak stoi, a on mi na to, że tak dla jej zaprosił Luhan’a i zastanawia się czy przyjdzie...Zerknąłem w stronę drzwi frontowych. Nie wierzyłem własnym oczom! Jakim cudem on tutaj trafił? Właściwie dlaczego przyszedł przecież to niedorzeczne!


- Bardzo dobrze, że już przyszedł- wymamrotał właściwie bardziej do siebie niżeli do mnie. Nalał sobie wódki i szybko wypił dwa kieliszki po czym lekko chwiejnym krokiem zszedł na dół do swojego gościa.
Ludzi nie było jakoś wyjątkowo dużo, co jednak nie znaczy, że nie zdążyli już wyrządzić jakiś szkód. Jedni siedzieli na podłodze grając w butelkę, inni zalegli na sofie. Pozostałe osoby albo jadły albo piły kolejne drinki. Byli też i tacy, którzy zasnęli. Większość jednak nadal miała w sobie mnóstwo energii dlatego postanowili ją zużyć na taniec. Rozejrzałem się po salonie i zobaczyłem jak Sehun przystawia się do Luhan'a. Musiał naprawdę sporo wypić skoro był już na tym etapie. Obejmował go w talii od tyłu, jednak zamiast szeptać mu coś na ucho, darł się tak, że wszyscy słyszeli o czym rozmawiali. Na szczęcie jednak jego głos ginął gdzieś w dźwiękach muzyki, ale ja podszedłem bliżej niego.

- Pamiętasz, jak to fajnie było się pieprzyć? Co, Lulu?

Chłopak natychmiast się zaczerwienił i odpowiedział:

-Cicho, nie wszyscy muszą o tym wiedzieć…

Sehun, jak to Sehun zaczął robić z siebie idiotę. Chwilę później Luhan uciszył go pocałunkiem.  Oh był tym zupełnie zaskoczony, ale po chwili zatopił swoje wargi w ustach drugiego chłopaka po czym powiedział:

- Wiedziałem, że nadal na mnie lecisz…

Obejrzałem się gdzieś za siebie słysząc tłukące się szkło, a kiedy obróciłem się z powrotem już ich tam nie było. Uroczy Chińczyk ciągnął mojego przyjaciela za rękę w nieznanym kierunku.  Moi pozostali przyjaciele też świetnie się bawili. Na sofie dostrzegłem Kris’a i Tao. Młodszy siedział mu bokiem na kolanach i obejmował go za szyję. Wufan za to jedną rękę ułożył na jego plecach, a drugą wplótł mu we włosy. Całowali i miziali się w najlepsze, co za ohyda. No cóż mogłem przewidzieć, że to się tak skończy. Wziąłem garść chipsów, które popiłem resztką piwa, po czym otworzyłem następne.

Jeszcze raz przeszedłem się po domu, a kiedy w miarę wiedziałem jaka jest sytuacja poszedłem na górę, żeby trochę odpocząć od hałasu. Otworzyłem drzwi do jednej z gościnnej sypialni i… Szczerze? Nie spodziewałem się tam zastać takiego widoku. Wręcz cofnąłem się o krok do tyłu. Na środku łóżka już tylko w bokserkach leżał Sehun. Jego towarzysz miał na sobie tyle samo odzieży. Luhan całował go po całym ciele, zsuwał się coraz niżej i niżej. Palcami dręczył jego sutki, co skutkowało tym, że mój przyjaciel wydawał z siebie przeciągłe jęki. Dziwnie się czułem patrząc na to. Chińczyk zaczął całować jego męskość przez materiał bokserek. Wtedy Sehun jęknął tak, że nie mogłem się powstrzymać i głośno parsknąłem śmiechem. Nagle czas stanął w miejscu a wzrok obojga był skierowany na mnie. Kiedy starszy chłopak nieco oprzytomniał to chwycił swoje ciuchy leżące na podłodze i wybiegł z pokoju. Oh spojrzał na mnie z wyraźną furią w oczach, a ja nie mogłem kontrolować swojego śmiechu. Czym prędzej odstawiłem na bok butelkę, żeby jej nie rozbić i wszedłem w głąb pokoju.

- No i kto mi teraz obciągnie, co? No kto? Lulu jest w tym najlepszy…

To było dla mnie zbyt wiele, po prostu upadłem na podłogę i zwijałem się ze śmiechu. Ta jego naburmuszona mina, wymiękłem. Miałem ubaw większy niż przy oglądaniu „dzieła malarskiego” Kris’a.

- Co cię tak bawi, he?- Zapytał mój przyjaciel.

- No bo…ty…i on…, a ja… i to wszystko…- nie mogłem powiedzieć niczego logicznego.

- Czegoś ty się naćpał, co? Ech stary niezły sobie wybrałeś moment na przeszkadzanie mi – popatrzył na mnie wciąż pełnym złości wzrokiem. Widząc jednak moją rozbawioną minę sam zaczął się śmiać. Kiedy już się ogarnął oboje poszliśmy na dół dalej się bawić.

Impreza trwała naprawdę długo i dopiero około trzeciej rano całe to towarzystwo zaczęło się zbierać. Chata wyglądała jak po przejściu huraganu i nawet nie chciałem myśleć ile zajmie sprzątanie tego syfu. W domu zostali już tylko moi przyjaciele - przynajmniej tak myślałem dopóki nie znalazłem zajaranego Byun Baekhyun’a leżącego na dywanie obok Chanyeol’a. Czy to jest kurwa jakaś impreza dla kujonów?

- A co on tutaj robi? – Zapytałem.

- Zdziwiłbyś się, jaki z niego jest zajebisty towarzysz jarania- powiedział Yeol.

Dobra, to wszystko by wyjaśniało. Wszyscy poza tą dwójką już spali, więc i ja postanowiłem się położyć. Wybrałem sobie fotel na którym momentalnie zasnąłem. Nawet nie wiedziałem, kiedy urwał mi się film.
Nadszedł poranek i to jest najgorsze co dzieje się po imprezie. Leniwie otworzyłem oczy, pół przytomnie rozejrzałem się po pokoju. Cała ekipa też już się budziła, więc nie było źle. Czułem, że głowa potwornie mnie boli. Głupi kac…

- P-proszę, nie mówicie tak głośno, głowa mi pęka… - jęknął Tao.

Zdziwiłem się dlaczego o to prosi, skoro nikt nie odezwał się choćby słowem.

- Żaden z nas nic nie mówił, to tylko zegar tyka - odpowiedział zmęczonym głosem Sehun.

- Waaaa~ Jaki zajebisty odlot, co nie, Yeolie? – To definitywnie musiał być głos Baekhyun’a. Zdziwiło mnie, że tak zdrobnił imię mojego kumpla.

- Miałeś naprawdę dobry towar Bekon, musze ci to przyznać – odpowiedział Park.

Słyszałem urywki cichych rozmów pozostałych. Kris, który jak wiadomo za dużo nie pije, a na dodatek ma naprawdę mocną głowę zaczął ogarniać cały ten bajzel.

- Jak się czujesz Kai? – Zapytał.

- Umm… Nie najlepiej - odpowiedziałem.

- Musimy to wszystko ogarnąć - i właśnie to najbardziej w nim ceniłem, że potrafił się wszystkim zająć.

- Nie mam zamiaru się ruszać – burknął Sehun.

On nigdy szczególnie nie kwapił się do pomocy. Zazwyczaj po prostu udawał, że robi porządek. Chcąc się wymigać obrócił się na drugi bok.

- Zrobiłeś bałagan?  To teraz zapierdalaj po miotłę!

- Dzięki Kris – uśmiechnąłem się do niego.

Zaczęliśmy powoli sprzątać, kiedy nagle usłyszałem odgłos silnika, samochód właśnie parkował na podjeździe. Wszyscy zamarliśmy w miejscu. Nie chciałem tracić czasu, więc podbiegłem do okna.

- O kurwa! To ojciec! –krzyknąłem - Dobra idźcie przez kuchnię, nie możecie tutaj dłużej zostać! Oni tylko skinęli głowami i zabierając swoje rzeczy ulotnili się jak najszybciej się dało.

- Co robić?! Co robić?! – Pytałem sam siebie.  Zacząłem zgarniać wszystko jak szło do worka na śmieci, jednak nie pozostawiło to pożądanego efektu. Starałem się powkładać niektóre butelki do barku, a część śmieci po prostu jakoś zamaskować.

Nie chciałem nawet myśleć o tym co miało się zdarzyć. Dom był w opłakanym stanie, miałem okropnego kaca i ani chwili, żeby obmyśleć jakiś plan działania. Stałem jak debil na środku tego rozgardiaszu. Wiedziałem, że ojciec wszedł sam. Usłyszałem jak odkłada na komodę neseser i klucze. Przełknąłem głośno ślinę, zaraz się zacznie…Czułem się taki nieporadny. Kiedy tylko ojciec przekroczył próg wiedziałem, że nie skończy się na kilku wyzwiskach. Spojrzał na mnie i od razu się w nim zagotowało. To było prawdziwe piekło…Najpierw krzyczał i to tak, że mogliby usłyszeć to wszyscy w promieniu kilometra, w każdym razie na pewno zafundował wspaniały poranek sąsiadom. Docierało do mnie niewiele z tego co mówił, byłem otępiały i nie reagowałem na jego słowa. To rozwścieczyło go jeszcze bardziej. Następne co poczułem to ból, słony smak w ustach i poczucie, że straciłem równowagę. On już nad sobą nie panował, bił mnie jak popadło. Zawsze to robił kiedy był na mnie wściekły. Z każdym kolejnym ciosem czułem, że coraz bardziej trzeźwiałem, bo zwijałem się w agonii na podłodze przedsionka domu. Teraz i we mnie rosła wściekłość oraz czysta nienawiść. Odepchnąłem go od siebie, podparłem się na łokciu ciężko oddychając. Nie wytrzymałem:

- Co jest we mnie takiego, że nienawidzisz mnie od dnia moich narodzin?!

Musiałem trafić na temat, którego być może nigdy nie chciał poruszać. Odpowiedział mi jednak:

- To bardzo proste! Gdyby twoja matka nie była puszczalską dziwką, nawet byś nie istniał! Kiedyś ją kochałem to fakt, ale ona nie chciała za mnie wyjść. Do ślubu zmusili ją rodzice, a każdego dnia ona sprawiała, że nienawidziłem jej coraz mocniej. Żyłem z nią na siłę, bo nawet nie mogliśmy wziąć pieprzonego rozwodu! Wtedy zaczęła szukać sobie innego, zdzira…

Puszczalska dziwka?!  Zdzira?! Ty…!  Jak on mógł?!  Łzy złości cisnęły mi się do oczu, ale on nie wygra. Nie upadnę tak nisko!

- Nawet nie jestem twoim ojcem!

Moje serce praktycznie się zatrzymało…Gorzejąca we mnie agresja sprawiła, że natychmiast odsunąłem ten temat na bok. Musiałem mu odpowiedzieć:

- Jak możesz tak o niej mówić?! Nawet nie swoje dziecko można pokochać! Tylko, że ty nawet się nie starałeś! – wrzeszczałem do niego - Nienawidzę cię! Nienawidzę za to co zrobiłeś mnie i mamie! Nigdy się mną interesowałeś! Bo wiesz, jakoś sobie nie przypominam żebyś przyszedł na jakikolwiek mój szkolny występ, żebyś wiedział czym się interesuje albo po prostu do kurwy nędzy zapytał jak się czuję, albo co robiłem! Ale ciebie to wszystko gówno obchodzi...Wiesz jak mi było ciężko kiedy ona umarła? Nie! Wtedy też nic do ciebie nie dotarło, nic! To nie ty patrzyłeś jak mama z dnia na dzień robi się słabsza i to nie ty patrzyłeś jak umiera na twoich oczach!  Obchodzą cię tylko pieniądze i ta tania dziwka! I wiesz, co? Żałuję, że nazywałem cię OJCEM!- czułe, że wreszcie wyrzuciłem z siebie wszystko. Wszystko co tkwiło we mnie przez te wszystkie lata.

Nasze spojrzenia się spotkały i widziałem po nim, że mi nie odpowie. Wskazał palcem na drzwi ipieniąc się ze złości wycharczał:

- WYNOŚ SIĘ! WYNOŚ SIĘ, ALE TO JUŻ! NIE CHCE CIĘ TUTAJ WIECEJ WIDZIEĆ! WON!
- Z wielką przyjemnością…- wyszeptałem.

Włożyłem buty, zabrałem z wieszaka kurtkę i plecak, który leżał przy stojaku na parasole. Po prostu wyszedłem zatrzaskując za sobą drzwi. Przeszedłem kilka kroków, złość nadal we mnie kipiała. Miałem w dupie co pomyślą sobie wszyscy wokoło, po prostu najgłośniej jak umiałem wydarłem się dając upust wszystkim emocjom.

- Ej Kai? Będziesz się tak jeszcze darł, czy wsiadasz?

Zamurowało mnie. Przy ulicy był zaparkowany samochód Kris’a. Chłopak miał bardzo zmartwioną minę. Nie potrafiłem ruszyć się z miejsca.

- No chodź, na co czekasz – powiedział.

Powolnym krokiem zbliżałem się do auta. Otworzyłem drzwiczki i wszedłem do środka. Zamknąłem oczy, a Kris ruszył. Kiedy poczułem, że wystarczająco ochłonąłem zapytałem:

- Słyszałeś?

- Tak, wszystko co do joty. Posłuchaj, u mnie jest dużo miejsca, więc chcę, żebyś ze mną mieszkał. Przyjaźnimy się, więc nie jest to problemem- chciałem mu przerwać, ale on mi nie pozwolił- i nie chcę słyszeć sprzeciwu, nie będziesz przecież mieszkał pod mostem.

Podróż do domu Wufan’a trwała jak dla mnie wieki. Hyung miał duże mieszkanie w jednym ze starych magazynów, które zaadaptowano tak, żeby można było w nich mieszkać. Były praktycznie identyczne jak te, które ostatnio „dekorowaliśmy”, ale znajdowały się w innej części miasta. Ledwo wyszedłem z samochodu, bo bolało mnie całe ciało. Nieźle oberwałem podczas kłótni. U Kris’a często nocował Tao, więc miał już przygotowane miejsce do spania. Materac na którym leżała pościel był taki zachęcający…

- Póki co masz tylko ten materac, ale za jakiś czas cos ci tu urządzimy, bo krótko tutaj pewnie nie zabawisz- dryblas uśmiechnął się do mnie- Idź weź sobie prysznic, a ja poszukam w apteczce, jakiejś maści na sińce, bo coś czuję, że masz ich tam całe mnóstwo.

Kiedy już byłem czysty, pachnący i opatrzony zaczęliśmy rozmawiać o tym, co zrobić dalej. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że powinienem zgodzić się na propozycje Kris’a. Od kiedy tylko go poznałem on zawsze jakoś się o mnie troszczył. Czułem, że mogę mu ufać. Może nie aż tak jak Sehun’owi, ale nasze relacje były bardzo bliskie. Ustaliliśmy, że kiedy ojczyma nie będzie w domu to zabierzemy moje rzeczy i przewieziemy je tutaj.

Następnego dnia pojechaliśmy we dwóch pod mój dom. Tak jak zakładałem nikogo nie było, więc spokojnie mogłem wszystko zabrać. Dodatkowe klucze zawsze trzymaliśmy za donicą przy wejściu. Bez problemu je odnalazłem i już po chwili weszliśmy do środka. Czułem się trochę jak złodziej, bo w końcu wczoraj zostałem stąd oficjalnie wywalony. Dom lśnił czystością i nie było już nawet śladu po piątkowej imprezie. Zapewne wynajął jakąś pomoc sprzątającą bo sam nigdy by się za to nie zabrał. Ostrożnie wspinałem się po schodach, aż na poddasze gdzie był mój pokój. Kiedy otworzyłem byłem trochę zdziwiony. Wszystkie moje rzeczy były zapakowane w pudła a na dodatek podpisane. To pewnie też robota tej biednej sprzątaczki, którą ojczym- teraz mogłem go tak nazywać- zatrudnił. Kartonów było kilkanaście, bo nie posiadałem zbyt wielu rzeczy. Poprosiłem Kris’a, żeby zaczął je znosić do samochodu dlatego, że ja chciałem coś sprawdzić. W pomieszczeniu, które służyło jako stych było wszystko co miała mama. Chciałem wziąć chociaż jakąś jedną małą pamiątkę, żeby mi o Niej przypominała. Zacząłem przeszukiwać pudła, ale nie mogłem znaleźć niczego co było moim celem. W końcu udało mi się znaleźć szkatułkę z biżuterią. Był tam-jej ulubiony wisiorek. Ostrożnie włożyłem go do kieszeni spodni. Odłożyłem wszystko tak, żeby wyglądało jak nieruszane. Chciałem już wychodzić, kiedy moją uwagę przykuło pudełko z moim imieniem. Otworzyłem je, zacząłem w nim szperać. Był tam album z fotografiami, którego nigdy wcześniej nie widziałem, stosik listów przewiązanych wstążeczką, dwa grube notesy- które po przekartkowaniu okazały się dziennikami, oraz kilka innych rzeczy. Poczułem, że muszę to koniecznie ze sobą zabrać. Wróciłem do swojej byłej sypialni i pomogłem Kris’owi wnieść wszystko na dół. Kiedy upewniłem się, że mam już wszystko wróciliśmy do jego mieszkania. Zrobiliśmy małe przemeblowanie, żebym miał jakiś kąt dla siebie. Resztę popołudnia spędziłem na wypakowywaniu i układaniu wszystkiego w nowym miejscu. Wieczorem Wufan przygotował dla nas kolację a ja podziękowałem mu za to co dla mnie zrobił. On tylko roześmiał się i powiedział, że to żaden kłopot. Dla niego może było to nic wielkiego, ale i tak byłem mu wdzięczny. Zanim się położyłem jeszcze raz otworzyłem moje pudełko. Dopiero teraz zauważyłem, że wśród tych wszystkich rzeczy jest jedna czerwona koperta. Czyżby zawierała w sobie coś ważnego? Drżącymi dłońmi rozerwałem papier, wyjąłem list i zacząłem czytać:

Jonggine,
W dniu, w którym czytasz ten list pewnie już mnie przy Tobie nie ma. Jest tyle rzeczy, o których chciałam Ci powiedzieć, ale nie zdążyłam. Mam nadzieję, że po tym liście zrozumiesz dlaczego postąpiłam tak, a nie inaczej. Nie chcę, żebyś był na mnie za to zły. Jeżeli, którekolwiek ze słów tego listu cię urazi, to bardzo proszę wybacz mi Synku.
Dobrze wiesz, że w naszym domu, nigdy nie działo się dobrze. Nie wychowywałeś się w szczęśliwej, kochającej rodzinie, mieliśmy tylko siebie. Pewnie zastanawiasz się dlaczego tak było. Tak naprawdę, nigdy nie kochałam tego człowieka, musiałam wyjść za niego z obowiązku i dlatego, że tak chcieli rodzice. Nie miałam żadnego wyboru, musiałam na to przystać. Kim Chang Hyung kochał mnie, ale ja nigdy tego nie odwzajemniłam. Żyłam z nim, ponieważ tak mi kazano. W moim życiu był ktoś inny, ktoś dzięki, któremu przyszedłeś na świat, bo musisz wiedzieć Jongin, że mężczyzna wspomniany wyżej nie jest i nigdy nie był Twoim prawdziwym ojcem. Jest mi naprawdę przykro, że mówię Ci to w liście, a nie prosto w oczy, ale uwierz dla mnie to też jest ciężkie. Nie wiem jakich słów użyć, żeby Cię przeprosić za to jakie teraz masz życie. Za to, że nie miałeś tego co inne dzieci. Mieliśmy tylko siebie Jongin, a ja tak bardzo Cię kocham. Twój prawdziwy ojciec Cię poznał, ale widział Cię zaledwie kilka razy, chociaż chciał częściej. Jeszcze raz przepraszam, że skazałam Cię na takie życie. Musiałeś przeze mnie tyle wycierpieć…
Mam nadzieję, że znajdziesz ten krótki list i mnie zrozumiesz. Pamiętaj o tym co zawsze Ci mówiłam, ze musisz być moim dużym, dzielnym chłopcem, nie poddawać się, wierzyć w swoje siły i nie płakać z byle powodu. Nawet, kiedy fizycznie mnie przy Tobie nie będzie, to zawsze będziesz miał mnie w sercu. Chciałabym jeszcze poprosić Cię, żebyś nie porzucił swojej pasji, proszę rozwijaj ją, bo masz wielki talent.
Kocham Cię.
                                                                                  Mama


Z każdym kolejnym słowem tego listu czułem się coraz bardziej przygnębiony. Nie byłem na nią zły, zbyt mocno ją kochałem. Wiem, że zrobiła to wszystko dla mojego dobra…Wiedziałem, że będę musiał coś zmienić, to co mama napisała bardzo mnie uderzyło. Włożyłem list pod poduszkę, zgasiłem światło. Kiedy zamknąłem oczy przywołałem w myślach moją ulubioną chwilę z mamą. Zasnąłem czując w sercu potworną pustkę, której nikt nie będzie w stanie wypełnić…

~~~
Mam nadzieję, że się spodobało. Zapraszam do komentowania~Bandur ;3

poniedziałek, 18 listopada 2013

Tygrysek

Witajcie ^^ Cóż, niestety jeszcze nie mogę zaserwować wam waszego ulubionego Kaisoo, głównie dlatego, że prace nad V rozdziałem dopiero się rozpoczęły. Jestem naprawdę szczęśliwa, że tak chętnie komentujecie tego longfika. Przejdźmy jednak do sedna dzisiejszej sprawy, a mianowicie krótkiego one-shota z B.A.P. Pomysł na niego "nawiedził mnie", kiedy zobaczyłam zdjęcie Zelo zrobione przez Yongguk'a. Mam nadzieję, że fik wam się spodoba. Życzę miłego czytania i jak zwykle zapraszam do komentowania ;) \

~~
Banglo- Tygrysek


Czas jest rzeczą nietrwałą, nie można go zatrzymać ani cofnąć. Wciąż narzekamy, że mamy go za mało, że ucieka tak szybko jak woda przez palce. Nie robimy jednak nic, aby chociaż odrobinę spowolnić jego bieg, bo żyjemy coraz szybciej.

          Od kiedy zacząłem pracę w wytwórni minęło już kilka lat i nauczyłem się gospodarować każdą wolą chwilą. Fakt, nie mam i nie miałem ich zbyt wiele, ale mogę z nich czerpać przyjemność. Poznałem Zelo dwa lata temu, kiedy wytwórnia stworzyła nasz duet. Byłem nim oczarowany i zafascynowany, bo w końcu ten dzieciak ma tylko szesnaście lat, a potrafi tyle wspaniałych rzeczy. Pewny siebie, ale zarazem nieśmiały i skryty wzbudził moje zainteresowanie. Nasze relacje stawały się cieplejsze i wkrótce dobrze się poznaliśmy. Pomimo sporej różnicy wieku naprawdę świetnie się z nim dogadywałem. Kiedy czasami o coś pytał czułem się jak jego ojciec, szczególnie, kiedy wypytywał o politykę i ekonomię. 

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki trzysta sześćdziesiąt pięć dni odeszło i powstał zespół B.A.P. Junhong okazał się być najmłodszy z całej szóstki i mimo, że to bardzo zaradny i samodzielny chłopak, to każdy z nas otoczył go opieką w mniejszym lub większym stopniu. Wizerunek złego chłopca sprawił, że Zelo spodobał mi się jeszcze bardziej, więc nie zdołałem ukrywać przed sobą faktu swoich uczuć wobec niego. Nie chciałem jednak niczego w naszej relacji zmieniać, więc wkładałem swoją miłość w bycie dobrym hyungiem. Nim się obejrzałem, znowu minął rok. W jednej chwili słodki dzieciak zmienił się w dorosłą osobę. Wczoraj były jego osiemnaste urodziny. Musiałem przyznać, że im bardziej Zelo dorastał tym zyskiwał więcej uroku. Po wczorajszym nagrywaniu programu, a później po małym przyjęciu z okazji jego święta był tak zmęczony, że zasnął jeszcze podczas jazdy. Nie miałem serca budzić go z tak głębokiego snu, więc wziąłem go jak małą małpkę na plecy i zaniosłem na górę. Kiedy już miałem go położyć w jego pokoju serce szybciej mi zabiło. „A może by tak… wziąć go do siebie?” – Pomyślałem. Nim inna cząstka mojego mózgu zdołała zaprotestować Junhong leżał już na moim łóżku. Poszedłem po jego rzeczy do spania, a kiedy wróciłem on spał zwinięty w kłębuszek. Chociaż na samą myśl o tym krajało mi się serce to musiałem trochę go rozbudzić. Delikatnie dotknąłem jego ramienia i potrząsnąłem nim. „ Zelo… Zelo.. Obudź się na moment… heeej…”- starałem się nie mówić zbyt głośno. Spróbowałem jeszcze raz - wtedy otworzył zaspane oczy, zamruczał coś i popatrzył na mnie:

- Przebierz się tylko i możesz spać dalej ” – powiedziałem.

Obserwowałem jak na śpiąco się przebiera, po czym opada na kołdrę i niemal natychmiast zasypia. Westchnąłem cicho, Junhong wyglądał tak uroczo, że mógłbym się rozpłynąć. Pozbierałem jego ciuchy, po czym poszedłem do łazienki, żeby wziąć szybki prysznic. Kiedy wróciłem on nadal leżał w tym samym miejscu. Przykryłem go kołdrą prawie po samą szyję, bo wiedziałem, że tak sypia. Ucałowałem go ostrożnie w czubek głowy. Położyłem się obok i wkrótce zasnąłem wsłuchując się w jego spokojny oddech.

Obudziłem się o tej samej porze co zwykle, chociaż nawet nie nastawiłem budzika. Obróciłem się na lewy bok i spostrzegłem, że przecież nie spałem sam. Od Zelo biło przyjemne ciepło, które czułem po raz pierwszy. Sama myśl o tym, że maknae spał tutaj ze mną przez całą noc napawała mnie olbrzymim szczęściem. Podparłem się na łokciu, żeby móc go poobserwować i wtedy poczułem, że moje serce zatrzymało się, aby po chwili znów ruszyć ze zdwojoną siłą. To był chyba najpiękniejszy widok w całym moim życiu. Junhong pomimo faktu ukończenia osiemnastego roku życia wyglądał jak uroczy kilkulatek. Na jego twarzy malował się błogi spokój i widać było, że mocno śpi. Ramionami otulił mojego ukochanego pluszowego Tygryska. Patrzyłem na niego jak zaczarowany chciałem czerpać z tej cudownej chwili jak najwięcej. Chciałem ją zatrzymać, cofnąć, móc przeżyć ją jeszcze raz. Wtedy mnie olśniło. Wyskoczyłem z łóżka, zabrałem z nocnej szafki swoją komórkę. Zrobiłem Zelo zdjęcie, jedno proste zdjęcie, dzięki któremu będę mógł odtworzyć tą chwilę. Naszła mnie wtedy pewna myśl, więc dodałem tę fotografię na Instagram z dopiskiem „Stań się dorosłym, który jasno rozświetli świat ”. Odłożyłem telefon na miejsce i wróciłem pod kołdrę. Nie mogłem się powstrzymać, zacząłem głaskać go po policzku. Taki ciepły, delikatny jak u dziecka… Odsunąłem grzywkę z jego czółka, po czym je pocałowałem. „Dorosły? Junhong to wciąż jeszcze dziecko…” – pomyślałem. Przytuliłem się do jego nagrzanych pleców, wykorzystując fakt, że śpi. Przyjemne ciepło rozeszło się po moim ciele. „ Kocham Cię… kocham Dziecko, którym nadal dla mnie jesteś… tak bardzo kocham… ”. Ucałowałem go po raz kolejny, tym razem w kark. Przytuliłem go mocniej i rozkoszowałem się każdą sekundą. Wkrótce poczułem, że Zelo zaczął się wiercić, co oznaczało, że pewnie zaraz się obudzi. Nie chciałem go puszczać, jeszcze nie teraz… Nawet nie zdążyłem, bo maknae obrócił się na plecy, wciąż trzymając Tygryska. Spojrzał na mnie zaspanym wzrokiem i cicho szepnął:

-H-hyuung?

- Tak?

Odpowiedziało mi jednak tylko kolejne jego spojrzenie. Wyciągnął swoją szczupłą dłoń spod kołdry, ułożył mi ją na policzku, przyciągnął moją twarz bliżej swojej. Zamknąłem oczy, poczułem jego ciepłe wargi na swoich „Co za cudowne uczucie…” – pomyślałem. Pocałunek był powolny, nieśmiały i delikatny. Odsunęliśmy się od siebie.

- Z-Zelo… - szepnąłem

Chłopak spuścił wzrok i zaczął bawić się łapką pluszaka.

-Przepraszam… Chciałem ci tylko… Jakoś powiedzieć… Pokazać… Jak bardzo jestem ci wdzięczny za twoją troskę…

Złapałem go za brodę, żeby zmusić go do spojrzenia mi w oczy.

- Kocham Cię…

Widziałem jak jego policzki natychmiast pokryły się mocnym rumieńcem. Musiałem go potwornie zawstydzić tym wyznaniem. Zelo obrócił się tak, że leżał na boku. Wziął Tygryska w obie dłonie i szybko zasłonił sobie nim twarz.

-J-ja też… Cię k-kocham Yongguk hyung…

Nie mogłem się nie uśmiechnąć sam do siebie. To było tak niesamowicie urocze…

-Wiesz jak bardzo kocham Tygryska… - odsunąłem od jego twarzy pomarańczowego pluszaka, ale tylko na tyle, aby odsłonił mu oczy - ale ciebie Junhong kocham jeszcze bardziej.

Chciałem go przytulić, ale on sam wtulił się we mnie i pozwolił zamknąć w moich ramionach. Tygrysek leżał teraz na miejscu Zelo. Spojrzałem na niego i szepnąłem: „Dziękuję Tygrysku, jesteś najlepszy!”
~~~
Do zobaczenia wkrótce 
Bandur ;3